14 grudnia 2011

29. Kalejdoskop


            Chciała się spotkać. Z nim. W parku. Na ławce. Jak para. Tyle, że parą nie byli. Był on i była ona. Przecież nie mógł odmówić. Teraz tego żałował. Siedział z łokciami opartymi na kolanach, z głową spuszczoną w dół i podpartą dłońmi. Nie okazywał swojego zniecierpliwienia, choć nie nazwałby siebie oazą spokoju. Jego żołądek wykonywał dziwne, niekontrolowane skurcze, fikołki i akrobacje, a on po prostu siedział, jak najmniej się poruszając. Miał na sobie ciemny, niemal czarny, krótki płaszcz, którego nigdy nie lubił, bo przyklejały się do niego paprochy, a który nosił tylko dlatego, że było w nim ciepło. Dłonie zakrył rękawiczkami, a na szyi zawiązał szalik w kolorze popiołu z kominka. Siedział na tej drewnianej ławce, czując jak tyłek przymarza mu do siedzenia, i oczekiwał, aż w końcu raczy się pojawić. To przecież ona chciała się spotkać. Z nim. W parku. Na ławce. Przecież nie mógł odmówić. Ale, do cholery, mogłaby się nie spóźniać!
            - Przepraszam za spóźnienie. – Usłyszał nagle jej głos, dochodzący gdzieś z prawej strony. Podniósł głowę i zerknął w tamtym kierunku. Była jeszcze spory kawałek od niego, ale widać było, że się spieszyła. Z jej uśmiechniętych ust wypływała co chwilę chmurka pary, miała zaróżowione policzki i wyglądała jak mała dziewczynka, która wyszła na sanki… bez sanek. Założyła na siebie czerwony płaszcz oraz fioletowy berecik z rękawiczkami i szalikiem do kompletu.
            - Nic się nie stało – powiedział, przyglądając się jak rozwija nieco szalik. Najwidoczniej zrobiło jej się gorąco. Podeszła do niego i usiadła obok. Albus nie spuszczał z niej wzroku. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, ona zaczęła swoją przemowę. Mówiła dużo i szybko, żywo gestykulując. Westchnął, kręcąc delikatnie głową i wciskając brodę w szalik.

*

            Rose nuciła pod nosem „Cichą noc”, zawieszając na choince bombkę, którą kupiła wcześniej z Lily na Pokątnej. Po domu państwa Weasley roznosił się wspaniały zapach świeżo upieczonych ciasteczek, które jej matka właśnie wyjmowała z piekarnika. Bardziej niecierpliwi, jak Lily i Lucy już siedzieli przy stole. Nawet noga Ronalda zaczęła drżeć, choć uparcie twierdził, że spokojnie może jeszcze poczekać. Trwały ostatnie przygotowania do wieczerzy.
            - Co ty tam robisz, Rose? – spytał wujek Harry, zachodząc dziewczynę od tyłu i zaglądając na kształtną bombkę, która miała przypominać pulchnego konika.
            - Nie mogę się zdecydować, gdzie powinien wisieć – odpowiedziała, marszcząc zabawnie brwi. Przekrzywiła głowę i przyjrzała się konikowi. Po chwili zdjęła go i przewiesiła w inne miejsce.
            - Myślę, że taka ładna bombka powinna wisieć z przodu, żeby każdy mógł ją zobaczyć – powiedział Harry z uśmiechem, ściągając ozdobę z drzewa i wieszając kilka gałązek dalej. Konik poruszał głową, zarżał cichutko i zamarł w bezruchu. – Chyba lubi komplementy. – Uśmiechnął się Potter Senior. Puścił Rose oczko i podszedł do stołu, pani Weasley wołała wszystkich. Ruda spojrzała na choinkę i z uśmiechem usiadła na swoim miejscu. Lily posłała jej wesoły uśmiech, po czym całą rodziną pomodlili się. Rose spojrzała na ojca, nieco zniesmaczona, kiedy nałożył sobie na talerz sporą porcję ziemniaczanego piure oraz duży kawałek panierowanej ryby.
            - To się raczej nigdy nie zmieni. – Zażartowała ciocia Ginny. Młoda Weasley zerknęła na swojego brata, który niemal kopiował ruchy ojca, nakładając tyle samo ziemniaków i ryby.
           
*

            Cisza, która panowała w ich jadalni była wręcz nie do zniesienia. Scorpius, by nieco ją zniekształcić, mocniej wbijał widelec w swoją sałatkę w taki sposób, że uderzał nim o talerz. Astoria kilka razy wyraziła swoje niezadowolenie z tego powodu, ale nie zaprzestał tej czynności.
            - Więc… - zaczął – pyszna ta sałatka, mamo – powiedział, dłubiąc widelcem w koktajlowym pomidorze. Zerknął na kobietę, która kiwnęła głową. Wytarła koniuszkiem chusteczki usta i powiedziała:
            - Bardzo zdrowa. Ma dużo protein. Jedz rybę, Scorpiusie.
            Młody Malfoy uniósł do góry brew, jeszcze kilka razy spenetrował widelcem wnętrze pomidora, po czym odłożył go na bok i wypił ze swojego kieliszka wytrawne wino. W tym jednym dniu rodzice pozwalali mu na lampkę czy dwie.

*

            - Prezenty! – wydarł się James, kiedy tylko pozwolono im odejść od stołu. Rose i Lily spojrzały na siebie. James i Fred zawsze zachowywali się jak dzieci.
            - Nie no, poważnie? – zapytał starszy z braci Potter, rozpakowując pierwszy z brzegu, zapakowany w kolorowy papier prezent. Był to sweter robiony na drutach przez babcię Molly, z wielką, zieloną literą „J” na piersi. – Mam już takich z dziesięć…
            - James! – powiedziała karcącym głosem Ginny. – Podziękuj i zamilcz.
            - Dziękuję, babciu – rzekł z wymuszonym uśmiechem, całując nadstawiony babciny policzek. Molly najwyraźniej nie poczuła się obrażona. Zaraz Potter odkrył zestaw do czyszczenia miotły i zapomniał o swetrze.
            - Hej, Rose, otwórz swój – powiedziała podekscytowana Victoire.
            Rudowłosa uśmiechnęła się szeroko i sięgnęła po malutkie, ozdobne pudełeczko.
            - To przyszło dzisiaj rano – rzekła Hermiona, zaglądając córce przez ramie, by dowiedzieć się co to takiego i od kogo. Za jej przykładem poszły Lily i Victoire.
            - Co to? – spytała panna Potter. Rose wzruszyła ramionami i podniosła wieczko. Na błękitnej poduszeczce leżała drobna i zgrabna literka „B”, zawieszka na łańcuszek.  
            - Och, śliczne! – zawołała Victoire.
            - Była też koperta z listem – powiedziała Hermiona.
            - Jest tutaj. –  Lily podała kuzynce śnieżnobiałą kopertę. Rose wyjęła z niej zgiętą karteczkę. Było na niej tylko jedno zdanie, zapisane krągłym, ładnym pismem.

            „By być bliżej Twojego serca
B.”

            - Och! – Rose uniosła do góry brew i spojrzała na matkę, Lily i Vicoire, siedzące obok niej i zaglądające jej przez ramię. To słodkie westchnienie było ich sprawką.
            - Przepraszam, siedzicie za blisko – powiedziała.
            - Rose, to bardzo romantyczne – powiedziała Hermiona. Rudowłosa pomyślała, że czasem jej matka zachowuje się jak nastolatka.
            - Co jest takie romantyczne? – spytała Ginny, stając za kanapą i zerkając ponad ramieniem Rose na pudełko.
            - Chłopak Rose wysłał jej romantyczny liścik! – zapiszczała Victoire.
            - Och, to faktycznie romantyczne – powiedziała Ginny, przysiadając na oparciu fotela.
            Młoda Weasley pokręciła głową, nie wierząc, że tak niedorzeczny dialog właśnie miał miejsce. Zamknęła pudełeczko i schowała do kieszeni, żeby nie prowokować niepotrzebnych dyskusji na temat jej i Bena. Starała się ukryć zadowolenie z powodu prezentu, choć musiała przyznać, że to było całkiem miłe uczucie. Żeby jak najszybciej zmienić temat sięgnęła po kolejny prezent, którym okazał się miedziany sweter z ogromnym kwiatem róży na piersiach. Od razu zauważyła tę zmianę, swetry z poprzednich świąt zawsze były brązowe z pierwszą literą jej imienia.
            - Łał, to coś nowego – powiedziała Lily.
            - Dziękuję. – Rose posłała babce uroczy uśmiech i założyła sweter, jakby na dowód swojego zadowolenia.
            - Ja też mam taki. – Potter wyciągnęła z paczki swój sweter, opatrzony kwiatem lilii.
            - Wasze i tak wyglądają dobrze – rzekł Albus, wyjmując z paczki sweter w brązowo-zielone paski z literą „A”, która swoim czerwonym kolorem stanowiła mocny kontrast. Młodszy z synów Pottera zrobił krzywą minę, a Lily zachichotała.
            - Al, pokaż się… Ubierz sweter. Bałam się, że mi nie wyjdzie, bo skończyła mi się włóczka – mówiła babcia Molly.
            Dziewczęta zaśmiały się cicho, widząc przerażony wzrok Albusa.

            *

            - Scorpiusie, mamy z ojcem prezent dla ciebie – powiedziała Astoria, kiedy skrzaty posprzątały wigilijny stół.
            - Prezent? Dla mnie? – zapytał przesłodzonym głosem, niczym zaskoczona panienka. Matka spojrzała na niego karcącym wzrokiem, z ustami wydętymi w „dziubek”.
            - Zachowuj się – burknął Dracon.
            - Tak jest. – Młody Malfoy zasalutował i odebrał kwadratowy pakunek, otoczony drogim papierem ozdobnym. Przyłożył doń dłoń i zamknął oczy, przykładając palce wolnej ręki do skroni, niczym jakiś wróżbita. – Wyczuwam negatywne wibracje – zażartował. Delikatnie pozbył się zbędnej otoczki i uniósł do góry grubą księgę w twardej oprawie, z wizerunkiem krwawiącej róży. Uniósł do góry brew i mlasnął cichutko, niezbyt zadowolony tym faktem.
            - Francuskie romansidło – powiedział, podniósł okładkę i zajrzał na pierwszą stronę, dodając: - Po francusku. Tak, to zdecydowanie negatywne wibracje…
            - Powinieneś ćwiczyć swój język – powiedziała Astoria.
            - Tia…
            - Poza tym, to nie jest romans, owszem, występują wątki miłosne, ale…
            - Po prostu podziękuj i zniknij. – Wtrącił się, niezbyt przyjaznym tonem, jego ojciec. Scorpius spojrzał na niego, jak zwykle siedział wyprostowany, palcami dotykając swojej brody, jakby bawił się w myśliciela.
            - Dziękuję – fuknął blondyn, po czym wcisnął książkę pod pachę i wstał od stołu.
            - Kiedy skończysz czytać, napisz jej streszczenie. Po francusku, na minimum trzysta słów.
            Zatrzymał się w pół kroku i spojrzał ponad ramieniem na swoją matkę.
            - Oczywiście – rzekł ulegle i wszedł w korytarz. – Akurat… - Kiedy znalazł się w swoim pokoju, cisnął „prezent” na półkę i szybko o nim zapomniał.

            *

            Czuła jak coś gniecie ją w ramię. Skrzywiła się i otworzyła oczy. Nie rozpoznawała miejsca, w którym była. Uniosła się do pozycji siedzącej, z zaskoczeniem stwierdzając, że leżała na drewnianej posadzce sali gimnastycznej z wieży na Wyspie Perłowej. Wszystko było takie same jak podczas ostatniego etapu konkursu, z tym jednak wyjątkiem, że obraz był rozmazany. Wyglądało to troszkę tak, jakby malarz dodał za dużo wody i farba spływała z płótna. Rozejrzała się, nie zauważając nikogo. Wstała i jeszcze kilka razy obróciła się wokół własnej osi, próbując zrozumieć, co się stało.
            Usłyszała czyjś śmiech. Pospiesznie odwróciła się za siebie, dostrzegając wysoką dziewczynę, ubraną w czarne spodnie bojówki oraz tegoż koloru bluzę z kapturem. Ufarbowane na ciemno, przyklaśnięte włosy wysuwały się spod kaptura, który miała nasunięty na głowę. Twarz miała trupio bladą, z intensywnie niebieskimi tęczówkami i krwiście czerwonymi ustami. Właśnie tak wyobrażała sobie morderców. Dziewczyna zaśmiała się niemal psychopatycznie, a Rose odruchowo sięgnęła do kieszeni, łapiąc różdżkę.
            - Lacarnum Inflamare* – wymruczała czarnowłosa, wysuwając przed siebie swoją różdżkę. Nim Rose zdążyła jakkolwiek zareagować, z różdżki jej przeciwniczki wystrzeliły małe kule ognia. Nie było czasu na wyczarowanie tarczy, Weasley ledwo wyszarpnęła różdżkę z kieszeni. Zrobiła unik, uchylając się w bok, jednak jedna z ognistych kulek trafiła ją w ramię. Szkolna szata od razu zajęła się ogniem. Rose wrzasnęła, bardziej z przerażenia. Płomienie szybko uporały się z cienką warstwą ubrań i  boleśnie wbiły się w skórę. Weasley zadziałała odruchowo, ściągając z siebie płonącą szatę. Rzuciła ją na podłogę i przydeptała. Zmarszczyła brwi, bo to się nie zgadzało. Na turnieju nie miała na sobie szkolnej szaty.
            Ramię bardzo ją piekło. Spojrzała na nie. Stopiony materiał przykleił się do ciała i usunięcie go nie wyglądało na proste. Na skórze miała bąble, kilka pękło, wypluwając ropę. Skrzywiła się i syknęła z bólu. Zaraz jednak przypomniała sobie, że przecież pojedynek się jeszcze nie skończył i jej przeciwniczka pewnie zaraz ją zaatakuje. Ale dlaczego nie zaatakowała do tej pory? Rose rozejrzała się dookoła, z różdżką wysoko uniesioną, jednak po dziewczynie nie było nawet śladu.
            - Czego szukasz? – Usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się i przyjrzała Benowi.
            - Ben? Co ty tu robisz? Przecież nie dostałeś się do konkursu – powiedziała, marszcząc czoło.
            - O czym ty mówisz? Przecież jesteśmy w szkole – stwierdził, wyraźnie rozbawiony. Dopiero teraz Rose z zaskoczeniem odkryła, że naprawdę znajdowali się w Hogwarcie. Jeśli miała być dokładna, były to lochy, niedaleko ukrytego wejścia do Pokoju Slytherinu. Zmarszczyła ponownie brwi, rozglądając się uważnie dookoła siebie. Tutaj również wszystko wydawało się rozmazane, za wyjątkiem Bena, który stał niedaleko niej z subtelnym uśmiechem na ustach i lekko rozwartych ramionach, jakby czekał na uścisk.
            - Chyba jestem zmęczona – powiedziała, robiąc dwa kroki i wtulając się w chłodną klatkę piersiową. Ściągnęła brwi i odsunęła się trochę od niego, dotykając dłonią miejsca, gdzie znajdowało się jego serce. – Jesteś strasznie zimny – stwierdziła. – Powinieneś się cieplej ubierać… - Przyjrzała się jego twarzy. Coś w jej wyrazie się zmieniło. Nie była pewna, co to takiego, ale im dłużej się mu przypatrywała tym głośniej jej wewnętrzny głos krzyczał: „Uciekaj”. Zareagowała w ostatniej chwili. Odwróciła się na pięcie i rzuciła się pędem przed siebie, byle jak najdalej od niego. Słyszała jego kroki i wrzaski, kilka razy obraźliwie ją zwyzywał. Nie oglądała się za siebie aż do zakrętu. Tam obróciła głowę tylko na sekundę, a widząc, jak wciąż ją goni, skręciła w lewo. Nieoczekiwanie wpadła na coś i byłaby się przewróciła, gdyby nie czyjeś dłonie, chwytające ją w pasie. Jej pierwszym odruchem było szarpnięcie się i uwolnienie z uścisku. Dopiero po chwili zauważyła Scorpiusa. Odsunęła się od niego i z przestrachem wyjrzała za róg. Bena nie było nigdzie widać.
            - Dobrze się czujesz? – spytał Malfoy, stojąc za jej plecami. Odetchnęła i obróciła się na pięcie. Już chciała mu coś powiedzieć, ale zamilkła z otwartymi ustami, przypatrując się pokojowi, w którym się znajdowali. Fioletowe ściany z różowymi akcentami, ładne białe meble, kilka dziewczęcych dupereli… Choć obraz był rozmazany rozpoznała w tym pomieszczeniu swój pokój. Rozejrzała się dookoła, zamykając usta i ściągając brwi.
            - Co ty robisz w moim pokoju? – spytała, zwracając swoje spojrzenie w kierunku uśmiechniętego Ślizgona. Uniósł do góry brew.
            - O czym ty mówisz… przecież mnie zaprosiłaś – stwierdził. Spojrzała na niego zdezorientowana.
            - Zaprosiłam? – szepnęła, dotykając dłonią czoła i przecierając nią twarz.
            - No tak, nie pamiętasz? – zapytał, nadal unosząc brew. Rose nawet nie zauważyła, kiedy znalazł się blisko niej, trzymając swoje dłonie na jej biodrach. Całkowicie pochłonięta myślami na temat tych dziwnych sytuacji, przegapiła moment, w którym ją pocałował. Najpierw lekko zszokowana, po chwili zaczęła odpowiadać. Całowali się chwilę, aż nagle Weasley odskoczyła do tyłu.
            - Co jest? – zapytał.
            - To się nie dzieje naprawdę. To się nie mogło wydarzyć! – powiedziała.
            - Do tej pory jakoś nie narzekałaś – stwierdził.
            - Do tej pory? To znaczy, że my…
            - Rose, jesteś pewna, że dobrze się czujesz? – zapytał śmiertelnie poważnie, przyglądając jej się uważnie. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Rose?
            Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć usłyszała dzwonek do drzwi. Zerknęła ponad ramieniem na korytarz domu i odwróciła się plecami do Malfoya, chcąc zejść po schodach. Potknęła się jednak i zaczęła spadać w dół.
            Znasz to uczucie, kiedy podczas snu wydaje ci się, że upadasz i budzisz się, podskakując, jakbyś naprawdę spadał? Tak też było z Rose. Kiedy tylko jej umysł zarejestrował brak gruntu pod stopami, ciało wzdrygnęło się i Weasley obudziła się, uderzając przy okazji łokciem w ścianę.
            - Au – pisnęła cicho, mając na względzie śpiące niedaleko Victoire i Lily. Uniosła się do pozycji siedzącej i rozejrzała po pokoju, który dzieliła wraz z kuzynkami na czas świąt spędzanych u dziadków. W ciemności nocy niewiele było widać, ale na tle kolorowych ścian wyraźnie rysowały się dwa kształty dziewczęcych ciał, śpiące spokojnie, każda w swoim łóżku. Odetchnęła głęboko, bo tym razem, mimo mroku widziała całkiem wyraźnie, co oznaczało, że nie znalazła się w następnym śnie.
            - Co za pokręcony sen – szepnęła w przestrzeń, z powrotem kładąc głowę na poduszce i przymykając powieki. Coś jednak ugniatało ją w plecy na wysokości lędźwi. Skrzywiła się i schowała dłoń pod kołdrę, by ugnieść sprężynę starego łóżka, jak jej się wydawało. Tymczasem jej palce natknęły się na jakąś kwadratową rzecz. Kiedy wyjęła rękę i podsunęła dłoń pod okno, gdzie wpadało trochę księżycowego blasku, okazało się, że trzymała w niej kostkę Rubika. Zmarszczyła czoło, bo nie przypominała sobie, żeby zabierała ją ze sobą do babci. Westchnęła jednak i położyła ją na podłodze, trochę z boku, aby rano jej nie zdeptać. Nakryła się kołdrą i odwróciła twarzą do ściany. Wsłuchując się w miarowe oddechy kuzynek, zasnęła.

* Wszelkie zaklęcia w „Licencji na miłość” zostały wyszukane w Wikipedii w dziale „zaklęcia użyte w cyklu Harry Potter”. 

10 listopada 2011

28. Magia świąt


            Pokój Wspólny Slytherinu spowijała ciemność. Jedynie ogień w kominku dawał łunę światła, dosięgającą foteli, na których siedzieli Malfoy, Gonzales i Zabini. Niedaleko przycupnął Paul, pilnując, by nikt nie przeszkadzał przyjaciołom w rozmowie. Odkąd Scorpius wrócił z konkursu, wszyscy chcieli wysłuchiwać opowieści o tym, jak wspaniałym czarodziejem się okazał, pokonując każdego we wszystkich etapach konkursu.
            Blondyn słuchał uważnie opowieści Gonzalesa o tym, co działo się w szkole pod jego nieobecność. Wyglądał na wyluzowanego. Siedział wygodnie, rozparty w fotelu, z nogami na drewnianym stoliku i ze szklanką wody w dłoni. Płomienie rzucały tajemniczy cień na jego twarz, przez co wydawał się jeszcze bardziej przystojny i niebezpieczny. Od czasu do czasu uśmiechał się półgębkiem, popijając mineralną.
            Zabini siedział w fotelu naprzeciwko niego. W jednej dłoni trzymał, tak jak on, szklankę, jednak zamiast wody nalał sobie Ognistej z prywatnej kolekcji, chowanej przed nauczycielami. Czuł, że będzie jej potrzebował. Wolną dłonią podpierał głowę, masując palcem wskazującym skroń. Przystawił szklankę do ust, jednak nie wypił ani kropelki. Wdychał ostrą woń alkoholu, wpatrując się w Malfoya, który zmieniał właśnie pozycję, zakładając po męsku nogę na drugą. W głowie szumiały mu głosy dochodzące z głębi pokoju, a w wewnętrznej kieszeni szaty, tuż nieopodal sera, ciążyła brązowa koperta. Czuł ją, jakby była żywym organizmem. Wydawała się napierać na niego, dusić go. Świadomość, że miał ją przekazać Malfoyowi jeszcze bardziej go przytłaczała. Czuł, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Zaczynał odczuwać wyrzuty sumienia, że pokusił się o zrobienie tych zdjęć. Nie chciał ranić Rose, która – w jakiś niewyjaśniony sposób – nagle stała się dla niego kimś ważnym. Nie chciał zabierać jej tego szczęścia, które niewątpliwie dawał jej Franklin. Jednak za każdym razem, kiedy ich widywał, wiedział, że jest oszukiwana. Że ta chwila szczęścia jest fałszywa. I nie mógł dopuścić do tego, żeby tak było zawsze.
            Ale czy musiał oddawać te zdjęcia Malfoyowi? Czy jego przyjaciel musiał dowiadywać się o tym upokarzającym Rose wydarzeniu? Może powinien sam jej wszystko wyjaśnić? Na pewno zrobiłby to delikatniej niż Scorpius.
            - Zabini, czy ty w ogóle słuchasz, co się do ciebie mówi? – Z rozmyślań wyrwał go zirytowany głos Malfoya. Drgnął i spojrzał na niego, odsuwając szklankę od ust. – Pytałem, czy podczas nieobecności Weasley, Franklin bardzo tęsknił? – Malfoy był wyraźnie niezadowolony z nierozgarnięcia swojego przyjaciela. Mocniej zaakcentował ostatnio słowo, choć nie miał tego w planach. Zabini skupił na nim swój wzrok.
            - Właściwie to jest coś, co chciałbym ci pokazać – powiedział z uśmieszkiem godnym prawdziwego Ślizgona. Spojrzenie Malfoya nieco złagodniało, nabierając zaciekawionej barwy. Damian sięgnął prawą dłonią pod szatę i wyjął kopertę, przez chwilę się w nią wpatrując. Następnie wstał i wolnym krokiem podszedł do blondyna, podając mu pakunek. Młody panicz Malfoy zerknął niepewnie na kopertę, ale już po chwili odwijał sznureczek i sięgał do środka.
            - No, nie próżnował – powiedział po kilku sekundach, oglądając fotografie. – U – zacmokał i uśmiechnął się. – Dobra robota, Zabini. Wyślę je Weasley sowią pocztą jutro rano – dodał z niebezpiecznym błyskiem w oku.
            - Nie – powiedział Zabini. Gonzales spojrzał na niego z uniesioną brwią, Malfoy natomiast spokojnie upił łyk wody. – Jeśli wyślesz to jutro, popsujesz jej święta.
            - Od kiedy interesuje cię, czy jej święta będą udane czy nie? – zapytał blondyn z ironicznym uśmiechem na ustach.
            - Daj spokój. Nawet ty nie masz w sobie aż tyle zła, by psuć komuś święta. Sam uwielbiasz Boże Narodzenie, czyż nie? – Damian spojrzał mu prosto w oczy. Malfoy zastanowił się chwilę, po czym dopił wodę i odstawił szklankę na stolik, wstając. Byli tego samego wzrostu, przez co ich oczy znalazły się na tym samym poziomie. Stali bardzo blisko siebie, Zabini mógł zobaczyć plamki ciemniejszej barwy na tęczówkach Malfoya.
            - Dobra. Wyślę je po przerwie – stwierdził, odchodząc do dormitorium. Po drodze schował jeszcze kopertę do kieszeni dżinsów. Po chwili zniknął za drzwiami.
            - Szczerze? Nie sądziłem, że się zgodzi – powiedział Gonzales, wstając ze swojego miejsca. Stanął za plecami Zabiniego, wpatrując się, tak jak on, w drzwi dormitorium chłopców z szóstego rocznika.
            - Ja też nie – odparł Damian, odwracając się.
            - Mam nadzieję, że wiesz, co robisz… Chyba najlepiej z nas wszystkich orientujesz się, co jest między nimi. Wdepnąłeś w to, stary, a on nie lubi, gdy mu się wchodzi w drogę.
            - Przecież wiem – burknął Zabini. Światło z kominka zagrało walca na policzkach Jose.
            - Zastanów się, czy warto dla niej robić sobie z niego wroga. – Jose zabrał podręcznik do transmutacji, który czytał w międzyczasie i ruszył w kierunku swojego dormitorium.
            Zabini dotknął koniuszkiem palców ust, przypominając sobie smak jej pocałunku, kiedy zaciągnął ją do pustej sali w dzień wyjazdu na konkurs. Czy to wtedy stała się mu bliska?
            - Jest – zawołał za nim. Jose zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na niego ponad ramieniem. Uśmiechnął się delikatnie i zniknął w swoim pokoju. Zabini oklapł na fotel, chwytając swoją Ognistą i wypił wszystko jednym haustem, nie zwracając uwagi na szczypanie w przełyku. Odetchnął głęboko i spojrzał w kominek.

*

            Boże Narodzenie. Chyba wszystkim kojarzy się ono z prezentami pod choinką, wesołą atmosferą, rodzinnym kolędowaniem i przepyszną ucztą. Niemal zawsze jest to czas radosny, spędzony wspólnie z najbliższymi. Scorpius Malfoy nie znał pojęcia „rodzinne święta”. U niego w domu zawsze wyglądało to tak samo. Nie kupowali choinki, bo matka narzekała na spadające z niej igły, które wbijały się w jej perskie dywany i trzeba je było wyciągać ręcznie, by nie uszkodzić delikatnego materiału, nie śpiewali kolęd, ponieważ ojciec mawiał,  że to dziecinne i nikomu niepotrzebne, a jedyny efekt, jaki przynosi to ból głowy, natomiast wigilijną kolację jadali w ciszy, z braku wspólnych tematów do rozmowy. Jednak młody Malfoy nie odziedziczył wraz z nazwiskiem malfoyowskiej niechęci do świąt. Wręcz przeciwnie – uwielbiał święta. Uwielbiał atmosferę panującą na Pokątnej oraz świąteczne ozdoby na wystawach sklepów. A przede wszystkim uwielbiał zapach świeżych ciasteczek, dochodzący z cukierni. Zawsze wstępował do tej na rogu, niedaleko banku Gringotta, by kupić pokaźnych rozmiarów papierową torebkę, wypełnioną cieplutkimi rogalikami z czekoladą, robionymi na francuskim cieście. Choć zazwyczaj nie pozwalał sobie na nadmierne spożywanie słodyczy, w tym jednym dniu robił wyjątek. Napawał się świętami w magicznej dzielnicy, zanim nadszedł czas powrotu do domu, gdzie cisza była tak głośna, że aż nie można było wytrzymać. Kiedy był trochę młodszy, próbował zmienić nastawienie rodziców, jednak spotkało się to jedynie z wrzaskiem ojca i skończyło uziemieniem do końca roku.
            Z rozmyślań wyrwał go znajomy, dziewczęcy głos. Odgryzł kawałek rogala i rozejrzał się, odnajdując wzrokiem Rose Weasley, wychodzącą właśnie ze sklepu z biżuterią. Szła w towarzystwie swojej kuzynki Lily Potter, a w dłoniach niosła kilka reklamówek. Zatrzymał się w pół kroku i uważnie je obserwował. Połknął kęs i spokojnym krokiem ruszył za nimi, trzymając się w bezpiecznej od nich odległości. Nie miał nic interesującego do roboty, a do domu nie zamierzał zbyt wcześnie wracać, dlatego pomyślał, że śledzenie Gryfonek mogłoby być świetną zabawą. A może, jeśli by się zorientowały, dałyby się namówić na jakąś słowną kłótnię? Potrzebował jakiejś rozrywki, na poprawę humoru, zanim powróci do rodziny, wesołej jak żałobnicy.
            - Wiesz co? Ostatnio Melody powiedziała mi, że znalazła fantastyczny sposób na gładką skórę dłoni – powiedziała Lily, zaglądając do jednej ze swoich reklamówek i wyciągając z niej butelkę wody. Scorpius szedł za nimi spokojnie, podsłuchując. Zdziwił go fakt, że jeszcze go nie zauważyły, wcale się nie ukrywał ze swoim szpiegowaniem. – Podobno są takie egzotyczne rybki, które żywią się martwym naskórkiem. – Malfoy uniósł do góry brew, krzywiąc się nieznacznie.
            - To działa? – zapytała Weasley, nie mniej zdziwiona niż Ślizgon. Nadstawił ucha, szczerze zainteresowany.
            - No podobno świetnie wyjadają złuszczający się naskórek, pozostawiają skórę gładką jak pupcia niemowlaka – powiedziała Potterówna, wymachując butelką.
            - Interesujące – stwierdziła rudowłosa. – I jednocześnie trochę dziwaczne – dodała. Scorpius wzdrygnął się na myśl, że jakieś oślizgłe ryby mogłyby wcinać jego naskórek. To było obrzydliwe.

            Scorpius od razu zorientował się, kiedy opuścili Pokątną. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zawrócić, jednak wzruszył ramionami i szedł dalej za nimi, od czasu do czasu przystając lub chowając się za rogiem, żeby przypadkiem go nie nakryły. Poczuł się jak małe dziecko, gdzieś od środka wybuchała w nim ekscytacja. Taka głupia zabawa, a tak go cieszyła. Jeszcze bardziej radował go fakt, że w każdej chwili mógł zostać przyłapany, a wtedy na pewno pokłóciłby się z Weasley, co poprawiłoby mu humor.
            Dziewczyny przeszły przez ulicę, więc poszedł za nimi. Nie orientował się jednak w mugolskich przepisach ruchu (zazwyczaj jeździł z prywatnym szoferem ojca), dlatego nie zrozumiał czerwonego światła, które zaświeciło się po drugiej stronie i wszedł na pasy, święcie przekonany, że jest całkowicie bezpieczny. Nie doszedł nawet do połowy, kiedy usłyszał pisk opon i dźwięk klaksonu. Wystraszony przyspieszył kroku, o mało nie wpadając pod koła innego samochodu. Kiedy znalazł się w końcu na chodniku, poprawił włosy i rozejrzał się, szukając wzrokiem Weasley. Pospieszył za nią, żeby nie zgubić jej z oczu. Po chwili zatrzymały się na przystanku autobusowym. Potter się pożegnała i odeszła, a rudowłosa usiadła na ławeczce, sprawdzając godzinę na zegarku. Stanął niedaleko i wyczekiwał. Po chwili podjechał czerwony, piętrowy autobus, jednak domyślał się, że nie był to Błędny Rycerz. Wysypało się z niego z tuzin osób i do środka weszło tyle samo. Scorpius schował się za tłustym panem w garniturze i wszedł do środka.
            To było najgorsze piętnaście minut w jego życiu. Pojazd był tak zatłoczony, że dla niego znalazło się zaledwie dwadzieścia centymetrów kwadratowych w rogu. Ze wszystkich stron otaczali go ludzie, dotykali go, ściskali, patrzyli mu w twarz. Jedna starsza pani kichnęła prosto na niego. Nie mógł się ruszyć i było mu gorąco. Widział Weasley, siedzącą niedaleko. Wyglądała, jakby otaczający ją tłum ludzi w ogóle jej nie irytował. Jakiś facet siedzący za nią, nachylił się lekko do przodu i obwąchał jej włosy. Scorpius skrzywił się, stwierdzając w duchu, że mugole są obleśni.
            Wyczerpany wyszedł z autobusu i mocno zaciągnął się świeżym powietrzem. Poprawił wygniecione ubranie i ruszył za Rose, która znowu postanowiła przejść przez ulicę. Mając w pamięci poprzedni raz, obejrzał się, czy nic nie jedzie i zszedł dalej schodami do podziemi. Znalazł się jakby w innym mieście. Jaskrawe jarzeniówki raziły go w oczy, kiedy szedł wzdłuż straganów i sklepów. W kilku wnękach zauważył bezdomnych, przykrytych gazetami i starymi, wyżartymi przez mole kocami. Pod sufitem znajdowały się tablice informacyjne. Starał się nie zgubić Weasley, która lawirowała między ludźmi, jakby miała to we krwi. On co chwilę obijał się o kogoś.
            W końcu doszli do kolejnych schodów, prowadzących w dół. Na dole znajdowała się stacja, wyglądająca jak ta na King Cross. Malfoy pomyślał, że to musiało być metro, o którym kiedyś od kogoś usłyszał. Podziemny pociąg. Tutaj było mnóstwo ludzi, literki na tablicach informacyjnych zmieniały się w zależności od nadjeżdżających pociągów. To miejsce tętniło życiem.
            Podszedł do metalowych barierek i wszedł w jedną, jednak ta nie chciała go przepuścić. Zdziwił się i spróbował jeszcze raz, ponownie spotykając się z odmową. Szarpnął kilka razy, przeklął, aż zwrócił na siebie uwagę ochroniarza w niebieskiej koszuli i z beretem na głowie.
            - Jakiś problem, proszę pana? – zapytał mężczyzna.
            - To ustrojstwo nie chce mnie przepuścić – odparł Scorpius, siłując się z barierką.
            - Włożył pan bilet odpowiednią stroną?
            - Bilet? Jaki bilet?
            - Proszę wybaczyć, kolega nie stąd. – Znikąd pojawiła się przy nich Weasley. Uśmiechnęła się do ochroniarza, po czym sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej malutki kartonik. Nachyliła się nad barierką, która przetrzymywała Scorpiusa i włożyła karteczkę w cieniutki otwór. Zaświeciło się zielone światełko, a gdy Malfoy natarł na bramkę, ta ustąpiła. – Pierwszy raz będzie jechał metrem. Dopilnuję, żeby więcej nie było z nim problemów – powiedziała.
            - Oczywiście, proszę pani. Miłego dnia. – Skinął głową i odszedł. Weasley spojrzała na Malfoya z chęcią mordu w oczach, po czym odwróciła się na pięcie.
            - Idziemy – powiedziała.
            Nie odezwali się dopóki nie znaleźli się w pociągu. Usiedli obok siebie. Scorpius spojrzał na nią, przyglądając się, jak zdejmuje szalik i rozpina trochę kurtkę. Zauważył dekolt bluzki i srebrny łańcuszek, wiszący na jej szyi.
            - Szczerze mówiąc, to myślałam, że odpuścisz sobie po tym, jak ta babka w autobusie kichnęła ci prosto w twarz – wyznała nagle, nie spoglądając na niego, jednak uśmiechając się delikatnie.
            - Wiedziałaś, że za tobą idę? – zapytał.
            - Od samego początku. Nie kryłeś się z tym za bardzo – odpowiedziała, zakładając nogę na nogę. Wydało mu się, że był to bardzo subtelny gest.
            - Więc specjalnie pozwoliłaś, żebym załapał od niej jakieś choróbsko. I prawie potrącił mnie samochód – powiedział, siadając wygodniej i także rozpinając kurtkę. Pociąg kołysał się delikatnie na boki.
            - Jesteś bardzo uparty, skoro wciąż szedłeś dalej – przyznała. – Jednak nie mogłam pozwolić, abyś pokłócił się z ochroniarzem. Tego by było za wiele, jeszcze coś by ci się stało i miałabym cię na sumieniu…
            - No proszę, jaka ty wrażliwa – zironizował.
            - Przepraszam panią, czy może mi pani zdradzić, która godzina? – Podszedł do nich garbaty mężczyzna, zwracając się do Weasley. Malfoyowi nie uszedł fakt, że wpatrywał się on prosto w dekolt dziewczyny, jakby czas, o który zapytał, wcale go nie interesował.
            - Nie mam zegarka – odpowiedziała spokojnie, delikatnie się uśmiechając. Facet oblizał się i odszedł, jeszcze kilka razy się na nią oglądając.
            - Co za obleśna rasa – powiedział Scorpius, przyglądając się z obrzydzeniem kobiecie, siedzącej naprzeciwko nich.
            - Nie wiesz co mówisz. Mugole są bardzo interesujący.
            - Tak, na pewno. Już drugi raz widzę, jak niemal zostajesz pożarta wzrokiem – odparł.
            - Zazdrosny jesteś? – zapytała z ironicznym uśmieszkiem.
            - Nie, raczej mnie to obrzydza. Koleś w autobusie wąchał twoje włosy. Ohyda. – Wzdrygnął się, jakby na potwierdzenie swoich słów. – A ten przed chwilą niemal wskoczył w twój dekolt. Sami zboczeńcy.
            - Wąchał moje włosy? – spytała. – Fuj. – Skrzywiła się i sięgnęła do jednej ze swoich reklamówek, które trzymała między nogami. Wyjęła z niej kartonik z sokiem.
            - Co to jest? – spytał Scorpius, wskazując na krótką rurkę, którą wcisnęła w kartonik.
            - To jest słomka. Przez nią się pije – odpowiedziała, upijając kilka łyków.
            - To jest interesujące – stwierdził. – Ała! – Ktoś pociągnął go za włosy, a gdy się obrócił zauważył małego chłopca, stojącego na siedzeniu obok. Miał na głowie wełnianą czapkę i uśmiechał się od ucha do ucha.
            - Głupi jesteś – powiedział chłopczyk.
            - Zamknij się – odparł Malfoy zgryźliwie.
            - Twój chłopak jest głupi. – Malec zwrócił się do Rose. Ta uśmiechnęła się przyjaźnie.
            - To nie jest mój chłopak, ale masz rację, za mądry to on nie jest – odpowiedziała.
            - I po co go nakręcasz? – zapytał blondyn.
            - Zamknij się – powiedział chłopiec.
            - Sam się zamknij. Ała! Ty mały…! – Malfoy już sięgał ręką za poły kurtki, by wyjąć różdżkę, kiedy Weasley położyła mu dłoń na przedramieniu i spojrzała na niego karcącym wzrokiem. Po chwili pociąg się zatrzymał i szarpnęła go za rękaw, zmuszając do wyjścia z metra.
            Ponownie musiał przeprawić się przez barierki. Weasley westchnęła i podała mu kolejny bilet. Pokazała jak powinien go włożyć, i gdzie, po czym udali się schodami na górę.
            - Dlaczego się nie wściekasz? – zapytał nagle Scorpius. Spojrzała na niego zaciekawiona. – Łażę za tobą od dobrej godziny, a ty jeszcze ani razu na mnie nie nawrzeszczałaś – powiedział.
            - Są święta, Malfoy. Nawet ty i twoje dziwaczne hobby nie popsujesz mi humoru – stwierdziła, podchodząc do krawężnika i zatrzymując się. Idąc za jej przykładem także się zatrzymał. – Poza tym… nie było tak źle – dodała, uśmiechając się. – Pierwszy raz rozmawiamy normalnie.
            Kiwnął głową, zamyślając się. Kiedy znaleźli się po drugiej stronie ulicy, z zaskoczeniem stwierdził, że wie, gdzie się znajduje. Za rogiem powinien być Dziurawy Kocioł.
            - Wróciliśmy na Pokątną – stwierdził, rozglądając się dookoła.
            - Chyba nie sądziłeś, że wezmę cię do siebie? – spytała z lekkim uśmiechem.
            - Więc jeździłaś w kółko?
            - Teraz przynajmniej mam pewność, że trafisz do domu, nie zostaniesz potrącony przez samochód, żadna pasażerka autobusu nie kichnie ci w twarz, zarażając jakąś dziwną chorobą oraz żadne dziecko nie będzie uwłaczać twojej inteligencji, a ty nikogo nie zabijesz – stwierdziła, uśmiechając się jeszcze szerzej i obserwując jego zdezorientowaną minę.
            - Aha – bąknął. – Trochę nieswojo się czuję, kiedy tak o mnie dbasz – dodał, pokazując w uśmiechu uzębienie.
            - Nie przyzwyczajaj się – odpowiedziała. I wtedy Malfoy zrobił coś, co ją całkowicie zszokowało. Z wrażenia upuściła swoje reklamówki. Blondyn zbliżył się na krok, nachylił się i dotknął swoimi ustami jej policzka. Pocałunek trwał zaledwie sekundę, ale to wystarczyło, by poczuła ciepło jego warg. On zaś – jak miękką i delikatną miała skórę. Odsunął się na kilka kroków i ze swoim charakterystycznym uśmieszkiem powiedział:
            - Wesołych Świąt. – Po czym zniknął za zakrętem.
            Weasley otrząsnęła się z szoku i pozbierała swoje zakupy. Starając się zapomnieć o całej przygodzie ze Ślizgonem, ruszyła w stronę domu. Musiała się jeszcze przebrać i zapakować prezenty, które kupiła.

*

            Malfoy był w siódmym niebie. Co prawda nie pokłócił się z Weasley, co niewątpliwie mogłoby być przyczyną dobrego humoru, jednak udało mu się ją zdezorientować. Był niemal pewny, że cały wieczór spędzi na rozmyślaniu, co też takiego wydarzyło się wtedy niedaleko Dziurawego Kotła. Właściwie ten całus wyszedł całkiem spontanicznie, nie planował tego, ale kiedy zdał sobie sprawę, że to nieźle namiesza jej w głowie, pogratulował sobie instynktu. Z drugiej strony… kiedy sam się nad tym zastanawiał… chyba chciał jej w jakiś sposób podziękować za ten spacer po mugolskim świecie… i też bardzo chciał jej dotknąć. Odkąd wrócili z Wyspy Perłowej, kilka razy zdarzyło mu się o niej myśleć. Zaraz jednak przypominał sobie wszystkie ich kłótnie oraz dlaczego jej tak bardzo nienawidzi i przechodziło mu, jak ręką odjął. W dodatku w głowie wciąż miał wizję załamanej Weasley, która popada w depresję zaraz po tym, jak ogląda przesłane przez niego zdjęcia niewiernego Franklina. Uśmiechnął się do własnych myśli i wszedł do domu, zdejmując w progu kurtkę, którą rzucił w przestrzeń. Została przechwycona przez skrzata domowego, nim zdążyła dotknąć podłogi.
            - Dobry chwyt – stwierdził bez przekonania, wchodząc do salonu, gdzie w wysokim fotelu siedziała jego matka. Czytała jakąś książką, znając ją – romans. Zawsze siadywała w jednym miejscu, pod oknem, gdzie było dostatecznie dużo światła i przestrzeni. Scorpius już dawno stwierdził, że nawet przy tak błahym zajęciu, jak czytanie czy dzierganie na drutach, wyglądała niezwykle elegancko i dystyngowanie. Miała na sobie białą koszulę z kołnierzykiem oraz brązowy sweterek, który kolorem pasował do jej włosów, zawsze ciasno związanych w koka z tyłu głowy. Na nogach miała koc koloru brudnej zieleni. Smukłe palce przerzucały kartki, a bystre oczy, schowane za drobnymi okularami, przesuwały się po linijkach tekstu.
            - Cześć, mamo – powiedział, podchodząc bliżej i całując ją w czoło.
            - Witaj, Scorpiusie – odpowiedziała, na chwilę odrywając się od książki. – Jak ty wyglądasz? Koszula ci wystaje ze spodni – dodała, wskazując na niego palcem. – To bardzo nieeleganckie. – Wzruszył ramionami i skierował się w stronę wnęki w ścianie, spełniającej rolę drzwi. – Mógłbyś zrobić coś z tymi włosami. Sterczą na wszystkie strony.
            - Tylko nie czepiaj się moich włosów – rzekł, schodząc ze schodów do piwnicznej części rezydencji, gdzie – po wielu kłótniach – udało mu się wyprosić miejsce na swoją sypialnię. Czuł się w niej dobrze, jak w lochach Hogwartu. Oczywiście jego pokój był o wiele większy niż dormitorium w szkole, miał własną łazienkę i garderobę, a przede wszystkim nie było w nim żadnego z jego kolegów. Nie wyglądał jak pokój Ślizgona, a raczej zwykłego, miłego chłopaka. Ściany sypialni były brązowe, przyjemne dla oka, ramy okien (zamontowanych w ścianach zaraz po tym, jak wybłagał ten pokój jako swój) wykonano z ciemnego drewna, przez co ładnie ze sobą współgrały. Na wprost drzwi, pod ścianą stało dwuosobowe łóżko z baldachimem, który jednak nigdy nie był zasłaniany, za to przywiązany do czterech kolumienek ciemnymi wstążkami ukazywał jednolitą, brzoskwiniową pościel. Kiedy Scorpius był mały, uwielbiał leżeć między poduszkami, otulony ich ciepłem i miękkością. Niekiedy nadal odzywała się w nim potrzeba zagłębienia się w miękkich jaśkach, dlatego u wezgłowia łóżka leżało mnóstwo poduch i poduszek różnej wielkości. Z boku stało obszerne biurko, z czarną lampką  po lewej stronie. Miało kilka ukrytych szuflad, o których nie wiedzieli jego rodzice, a gdzie przechowywał magiczne magazyny dla dorosłych mężczyzn, w jego mniemaniu – atrybut każdego zdrowego nastolatka. Była szafa, w której zazwyczaj trzymał swój kociołek i kufer, kiedy wracał na wakacje do domu, miał też regał z książkami oraz okrągły, niziutki stolik z fotelami w kształcie tłuczków (ostatni krzyk mody), które były tak miękkie, że gdy ktoś na nich siadał, zapadały się prawie do samej podłogi. Niedaleko łóżka stał stojak na miotłę, pusty, ponieważ jego Nimbus leżał teraz spokojnie w dormitorium w Hogwarcie, czekając na kolejny mecz. Nie można również pominąć rozsuwanych drzwi, w kolorze ściany, jednak jakby w nią „wepchniętych”. To była jego łazienka, z ogromną wanną. Odkąd pamiętał był zwolennikiem długich kąpieli, dlatego tak bardzo się ucieszył, kiedy jako prefekt mógł korzystać z łazienki dla prefektów, gdzie znajdowała się wanna wielkości basenu. Garderoba znajdowała się po prawej stronie od drzwi i to właśnie tam skierował swoje kroki zaraz po wejściu. Musiał przebrać się do kolacji, jego matka nawrzeszczałaby na niego, gdyby zasiadł do stołu w ubraniu, w którym był na mieście. To by było takie nieeleganckie.

* Nigdy nie byłam w londyńskim metrze, dlatego cały jego opis jest wymyślony.