14 stycznia 2012

30. Cisza przed burzą


            Powrót do Hogwartu okazał się trudniejszy niż mogłoby się wydawać. Rozleniwieni uczniowie chcieli pozostać dłużej w rodzinnych domach. Jedynie Rose stała na peronie zwarta i gotowa do drogi, niecierpliwie tupiąc nogą i wpatrując się w przejście. Jej brat i kuzyni nie byli tak ochoczo nastawieni na podroż jak ona, w związku z czym starali się przedłużyć dotarcie na peron. Westchnęła i rozejrzała się po kolegach ze szkoły. Kilka osób powitało ją z uśmiechem. W tłumie zauważyła Scorpiusa Malfoya, stojącego blisko pociągu. Wymieniał ostatnie zdania z rodzicami. Weasley przyjrzała się wyniosłej postawie jego ojca, a kiedy mężczyzna skrzyżował z nią swoje spojrzenie, pospiesznie odwróciła wzrok.
            - Jak mi się nie chce – jęczał James, pojawiając się obok niej ze swoim wózkiem z bagażami. Sowa, którą Rose dostała od rodziców „pod choinkę” (w rzeczywistości musiała udać się po nią na Pokątną) fuknęła na niego, rzucając się w klatce. Potter spojrzał na zwierzę i zrobił dziwaczną minę. – I co mi teraz zrobisz, hę? Jesteś uwięziony! Ha! Nic mi nie możesz zrobić! – Drażnił się z ptakiem, który skrzeczał na cały głos, próbując dosięgnąć dziobem nosa Jamesa.
            - Uspokój się, Hadesie – powiedziała Rose, stając przed klatką i zasłaniając sowie widok na swojego kuzyna. Ptak nie przepadał za żadnym członkiem jej rodziny, dziobał i drapał. Względnie tolerowana była Hermiona, która zawsze miała pod ręką jakiś smakołyk. Hades słuchał tylko Rose, pozwalając się głaskać i nie dziobał, kiedy wyciągała do niego dłoń. Właściwie zachowywał się w stosunku do niej całkiem delikatnie, jak na ptaka. Ruda uśmiechnęła się na wspomnienie wyprawy do sklepu. W zwierzęcym świecie panował chaos, nikt nie mógł sobie poradzić z ogromnym puchaczem, który dziobał, skrzeczał i atakował każdego, kto tylko się do niego zbliżył. Sprzedawca musiał zakładać grube, skórzane rękawice, żeby go nakarmić. Kiedy Rose weszła do sklepu od razu zwróciła na niego swoją uwagę, robił sporo hałasu. O dziwo, kiedy podeszła, uspokoił się i pozwolił się dotknąć. Wszyscy pracownicy byli w niemałym szoku, dlatego od razu sprzedano jej ptaka, chcąc się go jak najszybciej pozbyć. Dała mu na imię Hades, właśnie przez jego trudny charakter, na cześć greckiego boga.
            - Straszny jest – powiedział James, przyglądając się ponad ramieniem Rose, jak ptak poprawia dziobem pióra w skrzydłach.
            - Po prostu cię nie lubi – odparła.
            - On nie lubi nikogo – stwierdził Potter z przekąsem, po czym oddalił się od niej. Kiedy odszedł na peronie pojawił się Albus, a zaraz za nim Lily i Hugon. Hades na nowo rozpoczął swoją tyradę, zwracając na siebie uwagę pobliskich uczniów.
            - Dlaczego musiałaś wybrać akurat jego? – spytała Lily.
            - To on mnie wybrał – powiedziała Rose z uśmiechem, rzucając sowie kawałek ciasteczka. Kłapnął dziobem i umilkł na chwilę, wpatrując się w klatkę, która stała na wózku Albusa. Rodzeństwo Potter otrzymało w młodości własną sowę, jednak szybko stało się jasne, że to Albus będzie się nią zajmował. James stwierdził, że nie ma na to czasu, a Lily, że nie zamierza brudzić rąk. Stara Hedwiga wujka Harryego przeszła już na emeryturę, żyjąc spokojnie w domu państwa Potter. Jej rolę przejęła równie piękna, śnieżna Uma, o usposobieniu baranka.
            - Chyba się zakochał – stwierdziła Lily, nachylając się blisko klatki Hadesa, który natychmiast na nią skoczył. Powstrzymały go jedynie druty.
            - Jak tak dalej pójdzie, rozwali klatkę – powiedział Hugo. – Ty weź go lepiej naucz dobrych manier – dodał. – Jak sobie wyobrażasz używać go do przesyłania listów? Odbiorcy na pewno będą mieli niezły trening, zwiewając przed tym szaleńcem.
            - Porozmawiam z nim – powiedziała Rose, popychając swój wózek z rozwrzeszczaną sową w kierunku pociągu.
            - Lepiej nie mów o tym tak głośno, bo wezmą cię za wariatkę – powiedział Albus, idąc obok niej. Hades umilkł, wpatrując się w Umę.
            - To żadna nowość. – Przed nimi, jak spod ziemi, wyrósł Scorpius Malfoy, ze swoim słynnym, drwiącym uśmieszkiem. Za nim stał Jose oraz Damian. Hades na nowo zaczął się wydzierać, rzucając się w kierunku blondyna.
            - Zmieniłem zdanie, lubię tego ptaka – powiedział Hugo, stając obok swojej siostry.
            - Weasley, ucisz to zwierzę. – Malfoy zwrócił swoje chłodne spojrzenie w kierunku sowy. Rose spojrzała przelotnie na Zabiniego, który również na nią patrzył.
            - A co? Boisz się, że zdoła się wydostać i wydłubie ci oczy? – spytała z kpiącym uśmieszkiem Lily.
            - Nie boję się tej marnej imitacji sowy pocztowej – stwierdził z uśmiechem. Jose spojrzał na niego, a potem na Hadesa, niepewnym wzrokiem, po czym schował się nieznacznie za blondynem.
            - Hm. – Rose wysunęła lekko szczękę do przodu, spoglądając spod przymrużonych powiek na Scorpiusa. Nieoczekiwanie przypomniała sobie sen sprzed kilku dni, w którym to stali oboje w jej pokoju, całując się. To wspomnienie wywołało w niej złość. Pokiwała szybko głową, odpędzając natrętne myśli i już chciała otworzyć klatkę Hadesa, kiedy obok nich pojawili się jej rodzice.
            - Dlaczego jeszcze tu stoicie? Pociąg rusza za pięć minut – powiedziała Hermiona Weasley, dopiero po chwili zauważając Ślizgonów. – Wy też powinniście iść – dodała uprzejmie, nie dając po sobie poznać niechęci do tego, który stał po środku. Starała się w ogóle nie zwracać uwagi na młodego Malfoya.
            - Myślę, że powinnaś się zająć własnymi dziećmi, Granger. – Rose uniosła delikatnie głowę, by spojrzeć na mężczyznę, który pojawił się za plecami Scorpiusa. Duża dłoń, ze złotym sygnetem na serdecznym palcu, pojawiła się na ramieniu chłopaka. Weasley zauważyła, że pozostała dwójka odsunęła się nieco na boki, jakby władza Malfoya seniora ich przytłaczała. Właściwie chyba nikt nie spodziewał się jego pojawienia, bo nawet Scorpiusowi przez ułamek sekundy poszerzyły się źrenice. Rose ukradkiem spojrzała na swoją matkę, która wyprostowała się, poprawiając brązowy żakiet. Wyglądała bardzo dobrze, elegancko. Włosy miała ciasno związane w kok z tyłu głowy, a na oczach i ustach delikatny makijaż. Po odstawieniu ich na peron miała iść do pracy. Gdyby ktoś patrzył na nich z boku nie mógłby odgadnąć, że tych dwoje dorosłych dzieli tak ogromna przepaść. On jest arystokratą, ona mugolakiem. Ruda zerknęła jeszcze na swojego ojca, który ładował ich kufry do wagonu bagażowego. Wyglądało na to, że nawet nie zauważył ich nieobecności. Aż chciała westchnąć.
            - Nazywam się Weasley, panie Malfoy, raczy pan to w końcu zapamiętać – powiedziała Hermiona silnym, pewnym siebie głosem.
            - Ach, racja. Ciągle zapominam, że wyszła PANI za Weasleya. Chyba nikt nie spodziewał się, że ta fajtłapa znajdzie żonę. Co prawda nie lepszą od niego, a jednak… – Malfoy senior uśmiechnął się bardzo nieprzyjaźnie.
            - Wystarczy, młodzi nie muszą tego wysłuchiwać – odpowiedziała.
            Rose spojrzała najpierw na Zabiniego, który uciekał wzrokiem, a potem na Malfoya. On także na nią patrzył, bardzo głęboko wpatrując się w jej oczy, jakby chciał odczytać każdą jej reakcję. Nawet nie mrugnął, oczy miał delikatnie przymrużone, ale wciąż widoczny był błysk zimna.
            - Jak raz przyznam PANI rację. – Najwyraźniej Dracona Malfoya bawiła cała ta sytuacja. – Więc proszę zająć się swoją córką, a mojego syna zostawić mnie. I oby nie do zobaczenia. – Uśmiechnął się perfidnie i odwrócił. Jose i Damian poszli w jego ślady, Scorpius sekundę jeszcze wpatrywał się w Rose. W tym spojrzeniu było coś przerażającego, coś, co spowodowało chwilowe ciarki na jej plecach. A kiedy się odwracał, uśmiechnął się tak samo paskudnie jak jego ojciec. Dopiero gwizd z lokomotywy ją otrzeźwił.
            - Szybko, bo się spóźnisz – powiedziała Hermiona, popychając lekko córkę w stronę pociągu.
           
*

            Bena spotkała dopiero następnego wieczorem przy kolacji. Złapał ją przed Wielką Salą i zagaił rozmową, wypytując o najdrobniejsze szczegóły związane ze świętami.
            - Nie nosisz wisiorka. – Zauważył, wpatrując się w odkryty dekolt dziewczyny, gdzie spoczywało jej stare serduszko, zawieszone na srebrnym łańcuszku. – Nie podoba ci się? – spytał.
            - Och – wyrwało jej się. Dotknęła dłonią zawieszki i chwilę obracała łańcuszek w palcach. – Nie, jest śliczny. Po prostu nie chciałabym go zgubić. – Spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem i z lekko uniesioną brwią. Kiwnął głową i przysunął się bliżej, całując ją w usta. Oddała pocałunek, choć po chwili odsunęła się, przypominając sobie swój sen. Nie wiedziała dokładnie, co oznaczał… Właściwie w ogóle nie wiedziała, czy miał jakiś sens, ale za każdym razem, gdy pomyślała o tych wszystkich dziwnych rzeczach, które się w nim wydarzyły, czuła niepokój. Spojrzała na Bena i spróbowała się uśmiechnąć. Razem weszli do Wielkiej Sali.

*

            Scorpius stał w cieniu ściany, opierając się o nią ramieniem i, obracając w palcach różdżkę, przyglądał się Weasley i Franklinowi. Zauważył, jak Gryfonka wyraźnie odsunęła się od Puchona, choć tamten pewnie nie zwrócił na to uwagi. Zniknęli w Wielkiej Sali, a oczy Malfoya błysnęły złowrogo w świetle pochodni, kiedy wyszedł z cienia. Nie był zadowolony. Jego plan zakładał zniszczenie Weasley, zagranie na jej naiwności, a tymczasem, skoro sama odsuwała się od Franklina, dowody jego zdrady mogłyby nie wzbudzić w niej wielkiej rozpaczy. Jeśli rozejdą się zanim zdążę wysłać sowę…
            Postanowił z samego rana przygotować list. Jutro nastanie twój koniec, Weasley.


*

            - Irytek! – wrzeszczał Hugo, goniąc małego poltergiesta, który obrzucił go balonem z wodą. Gryfon przepychał się między innymi uczniami, śpieszącymi do wieży, a śmiech złośliwego ducha roznosił się dookoła. James i Albus także śmiali się z przemoczonego kuzyna, trzymając się za brzuchy i zginając się w pół. Kilka dziewcząt, w tym Shila, obejrzało się na nich, zainteresowane sytuacją.
            - Chyba na dzisiejszy cel Irytek obrał sobie Hugo. Biedaczek – powiedziała Azjatka, ściskając w rękach album ze zdjęciami, które wywołała na feriach i teraz z wielką gorliwością pokazywała je mało zainteresowanej otoczeniem Rose. – To moja babcia w jej kuchni w Japonii – rzekła, wskazując palcem uśmiechniętą staruszkę. Postać na zdjęciu pomachała i zaraz zniknęła za blatem kuchennym. – A to jest… właściwie nie wiem kto to jest, ale jest gorący. – Przysunęła album bliżej twarzy, przyglądając się postaci na fotografii. – Chyba poznałam go w mieście – mruczała. Nie usłyszawszy odzewu, podniosła wzrok znad albumu i spojrzała na przyjaciółkę. – Rose, słuchasz mnie?
            - Yhym – mruknęła Weasley, wpatrując się intensywnie w posadzkę. Ishihara kiwnęła lekko głową, przyglądając się jej.
            - Jasne – szepnęła. – Widać ci pół tyłka – powiedziała głośniej.
            - Tak, zapewne masz rację – odparła Rose. Shila uśmiechnęła się i przystanęła.
            - Hej! – zawołała. Weasley drgnęła i odwróciła się w jej stronę, dłonią sprawdzając, czy jej spódnica była na miejscu. – Co jest z tobą? – spytała.
            - Shi, chodziłaś na wróżbiarstwo. Jak to jest ze snami? Są prorocze? – spytała Rose, podchodząc dwa kroki do przyjaciółki.
            - Zależy. Czasem sny to tylko sny – odpowiedziała. Rose kiwnęła głową. – A co? Śniło ci się coś dziwnego? – spytała. Weasley spojrzała na nią i gładko skłamała, odpowiadając:
            - Nie.
            Ishihara zerknęła na nią podejrzliwie, ale wzruszyła ramionami i razem dotarły do wieży.

*

            Nazajutrz przy śniadaniu było bardzo gwarno. Przyjaciele wciąż opowiadali między sobą jak spędzili przerwę świąteczną. Do Rose docierały tylko strzępki rozmów: jakiś Puchon był we Francji, Ślizgonka wyjechała do Egiptu, ktoś inny miał bardzo nudne święta, a komuś urodził się brat. Shila wciąż chodziła wszędzie z albumem, pokazując jej zdjęcia zrobione w Japonii, gdzie odwiedziła dziadków. Tym razem jednak Weasley zachowywała świadomość, z zainteresowaniem słuchając opowieści przyjaciółki, od czasu do czasu się wtrącając.
            Nad ich głowami co chwilę latały sowy. Były to pojedyncze osobniki, zazwyczaj przynoszące w paczkach rzeczy, które ktoś zapomniał zabrać z domu. Trzepot skrzydeł był ledwo słyszalny wśród panującego hałasu.
            - Dziadek zabrał mnie raz na ryby – powiedziała Shila, pokazując jej zdjęcie, na którym była ze starszym mężczyzną. Najzabawniejsze było chyba jednak to, że wcale nie znajdowali się nad stawem, a przed sklepem rybnym. – No, ale niestety nic nie udało nam się złowić, więc kupiliśmy. Babcia wciąż sądzi, że to ja złowiłam tego ogromnego… E, Rose? – Przerwała nagle, wpatrując się w coś na stole. Weasley, uśmiechnięta, spojrzała na nią, przenosząc po chwili wzrok w bok. – Gapi się – powiedziała Ishihara konspiracyjnym szeptem, nachylając się nieco w stronę przyjaciółki. Obie wpatrywały się w dużą sowę o ciemnym umaszczeniu i ogromnych, czarnych oczach, która stała przed talerzem rudowłosej, ze wzrokiem wbitym w Shilę. W pyszczku miała czarną kopertę. Po chwili spojrzała na Weasley i wskoczyła jej na talerz, przygniatając nóżką widelec.
            - Widzę – odszepnęła Rose.
            - Dobra, na trzy biegniemy do wyjścia. Weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy i pod żadnym pozorem nie odwracaj się…
            - Daj spokój. To tylko sowa – powiedziała Rose, już normalnym głosem. Odsunęła się od Ishihary i wyciągnęła dłonie w kierunku ptaszyska. Sowa posłusznie oddała jej kopertę i zatrzepotała skrzydłami, odlatując i robiąc przy tym lekki podmuch wiatru, który poszarpał włosy Gryfonek.
            - Zawsze potrafisz zepsuć najlepszą zabawę – stwierdziła Shila, wyprostowując się. Dłonią poprawiła grzywkę i spojrzała ponad ramieniem Rose na kopertę. – Ciekawe co to?
            - Nie ma adresata – stwierdziła Weasley, obracając list kilka razy. – Trochę ciężkie jak na zwykły list…
            - I dość grube – dodała Azjatka. – Weź tego lepiej nie otwieraj. Może to bomba czy coś? Widziałaś tego ptaka? Był dość straszny. – Ale Weasley już jej nie słuchała. Rozerwała górę koperty, kalecząc się przy tym. Syknęła cicho i wsadziła krwawiący czubek palca do ust. – No mówiłam, żebyś nie otwierała!
            Lewą ręką Ruda wyjęła z koperty plik fotografii, które zostały do niej włożone tyłem, tak, że podczas wyjmowania najpierw zauważyła tylną stronę z wykaligrafowanym imieniem i nazwiskiem. Zmarszczyła brwi i wyjęła palec z ust, chwytając pierwsze zdjęcie - Emily Rogers - i odwracając przodem.
            - O mój Boże – wyrwało się Shili, ale Rose wydawało się, jakby siedziała po drugiej stronie Wielkiej Sali, wcale jej nie słyszała.
            Osłupiała, odłożyła fotografię na bok i spojrzała na kolejną. Lisa Jackson. Angelika Martinez. Cameron Black. Eva Smith. Tasowała fotografie, wpatrując się w nie intensywnie. Ledwie do niej docierało to, co widziała. Ben i pięć różnych dziewczyn, w różnych jednoznacznych sytuacjach.
            - Skarbie, tak mi przykro – powiedziała Shila. Rose poczuła jej dłoń na swoim ramieniu. Jej oddech przyspieszył, nie wiedziała, gdzie podziać wzrok. Zacisnęła mocno palce na pliku zdjęć i wstała. – Rose!
            - Nie idź za mną – powiedziała. Szybkim krokiem, powstrzymując się od biegu, wyszła z Wielkiej Sali i rozejrzała się na korytarzu. Nie wyglądała na załamaną, była wkurzona. Usta miała zwężone, a w oczach czaił się złowrogi błysk. Bena zauważyła na schodach, prawdopodobnie dopiero zmierzał na śniadanie, mimo że do jego końca pozostało niewiele minut.
            - Rose! – Uśmiechnął się na jej widok i zbiegł na dół. Zanim jednak rozłożył ramiona, żeby ją przytulić, dostał w twarz. Osoby, które znajdowały się w ich pobliżu zainteresował ten fakt, więc po chwili mieli już niezłą widownię. Ben rozejrzał się po zgromadzonych i spojrzał na Rose, szepcząc: - O co ci chodzi?
            - Nie wiesz? – spytała. Spojrzała na fotografie i zaczęła czytać napisy na odwrotach. – Emily Rogers. Całkiem ładna, ale ma celulit. Lisa Jackson, Krukonka z krzywym nosem…
            - Nie tutaj – powiedział Ben. Chwycił ją za łokieć i pociągnął w stronę lochów, gdzie jeszcze nikogo nie było.
            - Nie dotykaj mnie! – warknęła, wyrywając się z jego uścisku.
            - Przestań robić sceny!
            - Ja dopiero mogę zacząć, Ben.
            - Skąd w ogóle masz te zdjęcia? – zapytał.
            - Od anonimowego wielbiciela – warknęła opryskliwie.
            - Naprawdę nie wiem, o co się tak wkurzasz.
            - Nie wiesz? Nie wiesz? To ci powiem, Ben, ale słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać… - Uderzyła go palcem wskazującym w tors. Nawet nie drgnął. Jego twarz także nie wyrażała żadnych emocji. – Rób co chcesz i z kim chcesz, ale nie waż się robić ze mnie idiotki! To ci się nie uda.
            - Chyba już mi się udało – stwierdził. Spojrzała na niego szczerze zaskoczona. Odsunęła się i pokiwała głową, odwracając się. – I co? Zrywasz ze mną? – spytał. – Nie możesz, bo to ja zrywam z tobą!
            - Nie poniżaj się jeszcze bardziej – powiedziała, odchodząc. Niedaleko za zakrętem zauważyła opierającego się o ścianę Scorpiusa, który przyglądał się swoim paznokciom z ironicznym uśmieszkiem. Najwyraźniej wszystko słyszał i teraz triumfował. Podeszła do niego, a przechodząc obok, przycisnęła plik zdjęć do jego klatki piersiowej.
            - Zgubiłeś coś – powiedziała. Przytrzymał fotografie, żeby nie rozsypały się po podłodze i oderwał się od ściany, patrząc na plecy oddalającej się Gryfonki. – Następnym razem użyj szkolnej sowy.
            - Ha, właściwie miałaś rację, Rogers ma celulit – powiedział, oglądając jedno zdjęcie. – O, a widziałaś to z Angeliką? U, ta to ma czym oddychać. Nic dziwnego, że na nią poleciał, ty nie masz za wiele do zaoferowania.
            - Wystarczy! – wrzasnęła, podchodząc bliżej. – Jesteś z siebie dumny?
            - Nawet nie wiesz jak bardzo. – Uśmiechnął się triumfalnie.
            - Brawo. A teraz daj mi spokój, dostałeś to, czego chciałeś – powiedziała spokojnie, prawie szepcząc.
            - Nie, Weasley. Teraz dopiero zacznie się prawdziwa zabawa – odpowiedział.
            - Dlaczego to robisz? – spytała, patrząc mu prosto w oczy. – Dlaczego zawsze wszystko niszczysz? Sprawia ci to przyjemność? Wiesz, przez chwilę… przez chwilę naprawdę mi się wydawało, że to tylko gra. Ale nie, ty po prostu taki jesteś… Destrukcyjny. Ciebie nie warto lubić, bo to przynosi tylko same zniszczenia. – powiedziała. Na twarzy Malfoya pojawiła się satysfakcja. Nachylił się lekko, tak, żeby zrównać wzrok ze spojrzeniem Weasley i wysyczał:
            - Robię to, bo lubię patrzeć jak cierpisz.
            Po raz pierwszy naprawdę się go wystraszyła. W jego oczach czaiło się coś złowrogiego, zwierzęcego.
            - Co ja ci takiego zrobiłam? – zapytała szeptem. Nie usłyszała jednak odpowiedzi, bo zamiast niej, przez korytarz potoczyło się jej imię, dobiegającego z jego końca. Spojrzała na Damiana, stojącego kilka metrów za plecami Malfoya.
            - Damian – powiedziała.
            - Wszystko w porządku? – spytał Ślizgon. Malfoy wyprostował się i odwrócił, spoglądając na przyjaciela.
            - Zabini! Jak miło cię widzieć! Chodź, dołącz do nas, szykuje się niezła zabawa – powiedział, szeroko się uśmiechając. – Wspaniały z niego przyjaciel – dodał, spoglądając na Gryfonkę. – Choć jeszcze lepszy Ślizgon. Naprawdę, te zdjęcia to było coś. Widziałeś ich rozstanie? – zapytał uradowany Scorpius, wskazując kciukiem zdezorientowaną Gryfonkę. – Mówię ci, stary, świetne przedstawienie. Pełne napięcia i akcji.
            - Rose – powiedział Zabini. Malfoy uniósł do góry brew i spojrzał na dziewczynę.
            - O kurczę, ty nie wiedziałaś! – zawołał. – Myślisz, że skąd mam te fotki? Przecież nie biegałem za nim z aparatem, sama wiesz, w końcu przegrywaliśmy wtedy konkurs – mówił Malfoy. Weasley ani razu na niego nie spojrzała. Była blada i wyglądała, jakby lada chwila miała się przewrócić. – Ale on – wskazał na Zabiniego – nie miał nic ciekawego do roboty.
            - Wiedziałeś? – spytała słabym głosem. Damian otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć.
            - Wiedziałeś i nic nie powiedziałeś? – Malfoy udawał zaskoczonego. – Co z ciebie za przyjaciel? – Ruda odwróciła się na pięcie i odeszła. – Ej, Weasley, no nie bądź taka! Wracaj, zabawa się jeszcze nie skończyła!
            - Rose! – zawołał Damian, zrywając się z miejsca.
            - Zostaw mnie – warknęła, nawet się nie odwracając. Zabini zatrzymał się w połowie kroku i spojrzał wściekły na Malfoya.
            - Dlaczego to zrobiłeś? – spytał.
            - Zrobiłem co?
            - Powiedziałeś jej! Miałeś nie mówić, że zdjęcia są ode mnie – warknął zdenerwowany. – Zawsze musisz wszystko niszczyć!
            - Gdzieś już to słyszałem – burknął Malfoy. – Ona nie jest twoją przyjaciółką!
            - Po tym co powiedziałeś na pewno nią nie będzie.
            - Nigdy nie była. Miałeś tylko doprowadzić do tego, żeby zerwała z Franklinem, ale nie… musiałeś się zakochać! Kretyn! Chciałeś się ode mnie odwrócić? – Malfoy także był zdenerwowany. – Zapamiętaj sobie, że mnie nie zostawia się dla głupich Gryfonek. Źle się na tym wychodzi. – Poprawił szatę i poszedł na lekcje.

*

            Rose szła bardzo szybko, nie oglądając się za siebie. Chciała jak najszybciej dostać się do swojego dormitorium i zakopać się pod kołdrą. Miała już dość tego dnia, choć ledwie się zaczął. Mocno zaciskała usta, a dłonie trzymała w kieszeniach, ściskając je w pięści. Kilka razy wpadła na kogoś, ale nawet nie przeprosiła.
            Kiedy znalazła się w wieży, przemaszerowała przez Pokój Wspólny, ignorując ciekawskie spojrzenia kolegów i koleżanek i wbiegła po schodach do dormitorium, trzaskając drzwiami. Oparła się o nie plecami i wypuściła głośno powietrze, po chwili spazmatycznie zaciągając się świeżym. Wentylowała się dłuższą chwilę, nie mogąc się powstrzymać. To było jak napad paniki, oddychała bardzo szybko, czasem jęknęła i rozglądała się po pokoju, aż w końcu wrzasnęła głośno i wplątała dłonie we włosy, osuwając się po drzwiach na podłogę. Rozpłakała się jak małe dziecko, wciąż na nowo odgrywając w głowie scenki z Franklinem, Malfoyem i Zabinim. Były jak trzy ogromne gwoździe, które po kolei miażdżyły jej ciało, wciąż na nowo, w kółko.
            Po kilku minutach uspokoiła się na tyle, by zauważyć brak torby. Zaklęła cichutko i podniosła się z podłogi. Miała nadzieję, że Shila przyniesie ją w przerwie między lekcjami. Otarła dłońmi oczy i policzki i weszła do łazienki. Chłodną wodą umyła twarz i przepłukała usta. Spojrzała w lustro. Czuła się dziwnie spokojna. Histeria sprzed chwili minęła, ból po zerwaniu i zdradzie także. Był spokój.
Cisza przed burzą.
Przyszedł sztorm. Niszczące fale oceanu zła, które wyzwoliły w niej tylko jeden elektryczny impuls. Biegł od mózgu przez rdzeń kręgowy, nie omijając żadnego neuronu, aż dotarł do prawego ramienia. Głuchy trzask i brzęk tłuczonego szkła, a po chwili ból i krew spowodowały, że drgnęła. Rozejrzała się po łazience, jakby przestraszona, że ktoś mógłby ją nakryć na niszczeniu szkolnego mienia i pospiesznie zamknęła drzwi na klucz. Spojrzała na swoją zakrwawioną dłoń.
- Cholera – syknęła, podbiegając do umywalki i odkręcając wodę. Wsadziła rękę pod strumień i rozejrzała się w poszukiwaniu jakieś szmatki. W pobliżu był jednak tylko biały ręcznik Nicole, którego rano nie zabrała. Przeszukała kieszenie, ale różdżki także nie znalazła. W końcu, niechętnie, chwyciła ręcznik koleżanki i owinęła nim zranioną dłoń. Wyszła do pokoju, gdzie znalazła jakiś bandaż i zrobiła szybki opatrunek. Odnalazłszy różdżkę, pozbyła się plam krwi z białego ręcznika i odłożyła go na miejsce. Jednym zaklęciem naprawiła lustro, innym posprzątała rozchlapaną po podłodze wodę i krew, a kiedy wszystko było już w porządku, kiwnęła głową i położyła się na łóżku, wtulając twarz w poduszkę.
Rozbicie lustra i zranienie się w dłoń odsunęło nieco jej myśli od tego, co się wydarzyło po śniadaniu, ale teraz, kiedy leżała bezczynnie, wszystko wróciło. Jęknęła cicho i zacisnęła powieki.

Robię to, bo lubię patrzeć jak cierpisz.

Chyba już mi się udało.

            Lubię patrzeć jak cierpisz.

            Nie rób scen.

            Wiedziałeś?

            - Hej, Rose. – Ktoś szturchnął ją w ramię. Ocknęła się i spojrzała na Shilę, siedzącą na brzegu jej łóżka. – Jak się czujesz? – spytała przyjaciółka.
            - W porządku – odpowiedziała. – Chyba zasnęłam.
            - Przyniosłam twoją torbę, zostawiłaś w Wielkiej Sali – powiedziała Azjatka.
            - Tak, wiem. Dziękuję. – Weasley podniosła się do pozycji siedzącej.
            - Co się stało? – zapytała Ishihara, wskazując podbródkiem zawiniętą w bandaż dłoń. – Znokautowałaś tego dupka? – Uśmiechnęła się zachęcająco.
            - E, zapomniałam, ale na pewno kiedyś to zrobię – powiedziała Rose, gładząc drugą dłonią opatrunek. – Rozwaliłam lustro.
            - Dlaczego?
            - Taki impuls – odparła. – Ale nic mi nie jest. Posprzątałam bałagan i jest okej.
            - Grzyb z bałaganem, masz rozwaloną rękę! – zawołała Shila.
            - Ale to naprawdę nic takiego. Rozwaliłam lustro i zrobiło mi się jakoś lepiej.
            - Powinna to zobaczyć pielęgniarka – stwierdziła Azjatka.
            - Nie, to tylko zadrapanie. – Shila westchnęła i spojrzała na przyjaciółkę łagodnie.
            - Jesteś pewna? – spytała.
            - Tak, nic mi nie jest.
            - No nie wiem czy to takie nic… walnęło ci na psychikę, skoro zaczęłaś rozbijać lustra.
            - Z moją psychiką jest wszystko w porządku.
- Teraz czeka cię siedem lat nieszczęścia.
- Nie powinnaś iść na lekcje? – spytała Rose, unosząc do góry brew. – Ktoś musi zrobić notatki. – Shila wywróciła oczami.
- Facet z tobą zerwał, a ty i tak myślisz tylko o szkole.
- Ziemi nie zatrzymał, świat kręci się dalej.
            - Ty nie przyjdziesz, mam rozumieć? – zapytała Shila, wstając i poprawiając szatę.
            - Dzisiaj już sobie odpuszczę. Chłopcy będą mieli co świętować – odparła Rose, uśmiechając się delikatnie.
            - Fakt, chyba jeszcze nigdy nie opuściłaś nawet dnia – powiedziała Ishihara. – Będę cię kryć, ale na obiad masz się stawić. Sama dopadnę tego kretyna, jeśli przestaniesz przez niego jeść. – Zagroziła jej palcem.
            - Ej, ja lubię jeść – zaśmiała się Rose.
            - Dobra, ja idę. Nie rozwalaj już więcej luster, nie wyskakuj przez okno, nie rób niczego głupiego, wrócę za kilka godzin.
            - Dobrze mamo – powiedziała Weasley. Shila dała jej całusa w policzek i wyszła. 

14 grudnia 2011

29. Kalejdoskop


            Chciała się spotkać. Z nim. W parku. Na ławce. Jak para. Tyle, że parą nie byli. Był on i była ona. Przecież nie mógł odmówić. Teraz tego żałował. Siedział z łokciami opartymi na kolanach, z głową spuszczoną w dół i podpartą dłońmi. Nie okazywał swojego zniecierpliwienia, choć nie nazwałby siebie oazą spokoju. Jego żołądek wykonywał dziwne, niekontrolowane skurcze, fikołki i akrobacje, a on po prostu siedział, jak najmniej się poruszając. Miał na sobie ciemny, niemal czarny, krótki płaszcz, którego nigdy nie lubił, bo przyklejały się do niego paprochy, a który nosił tylko dlatego, że było w nim ciepło. Dłonie zakrył rękawiczkami, a na szyi zawiązał szalik w kolorze popiołu z kominka. Siedział na tej drewnianej ławce, czując jak tyłek przymarza mu do siedzenia, i oczekiwał, aż w końcu raczy się pojawić. To przecież ona chciała się spotkać. Z nim. W parku. Na ławce. Przecież nie mógł odmówić. Ale, do cholery, mogłaby się nie spóźniać!
            - Przepraszam za spóźnienie. – Usłyszał nagle jej głos, dochodzący gdzieś z prawej strony. Podniósł głowę i zerknął w tamtym kierunku. Była jeszcze spory kawałek od niego, ale widać było, że się spieszyła. Z jej uśmiechniętych ust wypływała co chwilę chmurka pary, miała zaróżowione policzki i wyglądała jak mała dziewczynka, która wyszła na sanki… bez sanek. Założyła na siebie czerwony płaszcz oraz fioletowy berecik z rękawiczkami i szalikiem do kompletu.
            - Nic się nie stało – powiedział, przyglądając się jak rozwija nieco szalik. Najwidoczniej zrobiło jej się gorąco. Podeszła do niego i usiadła obok. Albus nie spuszczał z niej wzroku. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, ona zaczęła swoją przemowę. Mówiła dużo i szybko, żywo gestykulując. Westchnął, kręcąc delikatnie głową i wciskając brodę w szalik.

*

            Rose nuciła pod nosem „Cichą noc”, zawieszając na choince bombkę, którą kupiła wcześniej z Lily na Pokątnej. Po domu państwa Weasley roznosił się wspaniały zapach świeżo upieczonych ciasteczek, które jej matka właśnie wyjmowała z piekarnika. Bardziej niecierpliwi, jak Lily i Lucy już siedzieli przy stole. Nawet noga Ronalda zaczęła drżeć, choć uparcie twierdził, że spokojnie może jeszcze poczekać. Trwały ostatnie przygotowania do wieczerzy.
            - Co ty tam robisz, Rose? – spytał wujek Harry, zachodząc dziewczynę od tyłu i zaglądając na kształtną bombkę, która miała przypominać pulchnego konika.
            - Nie mogę się zdecydować, gdzie powinien wisieć – odpowiedziała, marszcząc zabawnie brwi. Przekrzywiła głowę i przyjrzała się konikowi. Po chwili zdjęła go i przewiesiła w inne miejsce.
            - Myślę, że taka ładna bombka powinna wisieć z przodu, żeby każdy mógł ją zobaczyć – powiedział Harry z uśmiechem, ściągając ozdobę z drzewa i wieszając kilka gałązek dalej. Konik poruszał głową, zarżał cichutko i zamarł w bezruchu. – Chyba lubi komplementy. – Uśmiechnął się Potter Senior. Puścił Rose oczko i podszedł do stołu, pani Weasley wołała wszystkich. Ruda spojrzała na choinkę i z uśmiechem usiadła na swoim miejscu. Lily posłała jej wesoły uśmiech, po czym całą rodziną pomodlili się. Rose spojrzała na ojca, nieco zniesmaczona, kiedy nałożył sobie na talerz sporą porcję ziemniaczanego piure oraz duży kawałek panierowanej ryby.
            - To się raczej nigdy nie zmieni. – Zażartowała ciocia Ginny. Młoda Weasley zerknęła na swojego brata, który niemal kopiował ruchy ojca, nakładając tyle samo ziemniaków i ryby.
           
*

            Cisza, która panowała w ich jadalni była wręcz nie do zniesienia. Scorpius, by nieco ją zniekształcić, mocniej wbijał widelec w swoją sałatkę w taki sposób, że uderzał nim o talerz. Astoria kilka razy wyraziła swoje niezadowolenie z tego powodu, ale nie zaprzestał tej czynności.
            - Więc… - zaczął – pyszna ta sałatka, mamo – powiedział, dłubiąc widelcem w koktajlowym pomidorze. Zerknął na kobietę, która kiwnęła głową. Wytarła koniuszkiem chusteczki usta i powiedziała:
            - Bardzo zdrowa. Ma dużo protein. Jedz rybę, Scorpiusie.
            Młody Malfoy uniósł do góry brew, jeszcze kilka razy spenetrował widelcem wnętrze pomidora, po czym odłożył go na bok i wypił ze swojego kieliszka wytrawne wino. W tym jednym dniu rodzice pozwalali mu na lampkę czy dwie.

*

            - Prezenty! – wydarł się James, kiedy tylko pozwolono im odejść od stołu. Rose i Lily spojrzały na siebie. James i Fred zawsze zachowywali się jak dzieci.
            - Nie no, poważnie? – zapytał starszy z braci Potter, rozpakowując pierwszy z brzegu, zapakowany w kolorowy papier prezent. Był to sweter robiony na drutach przez babcię Molly, z wielką, zieloną literą „J” na piersi. – Mam już takich z dziesięć…
            - James! – powiedziała karcącym głosem Ginny. – Podziękuj i zamilcz.
            - Dziękuję, babciu – rzekł z wymuszonym uśmiechem, całując nadstawiony babciny policzek. Molly najwyraźniej nie poczuła się obrażona. Zaraz Potter odkrył zestaw do czyszczenia miotły i zapomniał o swetrze.
            - Hej, Rose, otwórz swój – powiedziała podekscytowana Victoire.
            Rudowłosa uśmiechnęła się szeroko i sięgnęła po malutkie, ozdobne pudełeczko.
            - To przyszło dzisiaj rano – rzekła Hermiona, zaglądając córce przez ramie, by dowiedzieć się co to takiego i od kogo. Za jej przykładem poszły Lily i Victoire.
            - Co to? – spytała panna Potter. Rose wzruszyła ramionami i podniosła wieczko. Na błękitnej poduszeczce leżała drobna i zgrabna literka „B”, zawieszka na łańcuszek.  
            - Och, śliczne! – zawołała Victoire.
            - Była też koperta z listem – powiedziała Hermiona.
            - Jest tutaj. –  Lily podała kuzynce śnieżnobiałą kopertę. Rose wyjęła z niej zgiętą karteczkę. Było na niej tylko jedno zdanie, zapisane krągłym, ładnym pismem.

            „By być bliżej Twojego serca
B.”

            - Och! – Rose uniosła do góry brew i spojrzała na matkę, Lily i Vicoire, siedzące obok niej i zaglądające jej przez ramię. To słodkie westchnienie było ich sprawką.
            - Przepraszam, siedzicie za blisko – powiedziała.
            - Rose, to bardzo romantyczne – powiedziała Hermiona. Rudowłosa pomyślała, że czasem jej matka zachowuje się jak nastolatka.
            - Co jest takie romantyczne? – spytała Ginny, stając za kanapą i zerkając ponad ramieniem Rose na pudełko.
            - Chłopak Rose wysłał jej romantyczny liścik! – zapiszczała Victoire.
            - Och, to faktycznie romantyczne – powiedziała Ginny, przysiadając na oparciu fotela.
            Młoda Weasley pokręciła głową, nie wierząc, że tak niedorzeczny dialog właśnie miał miejsce. Zamknęła pudełeczko i schowała do kieszeni, żeby nie prowokować niepotrzebnych dyskusji na temat jej i Bena. Starała się ukryć zadowolenie z powodu prezentu, choć musiała przyznać, że to było całkiem miłe uczucie. Żeby jak najszybciej zmienić temat sięgnęła po kolejny prezent, którym okazał się miedziany sweter z ogromnym kwiatem róży na piersiach. Od razu zauważyła tę zmianę, swetry z poprzednich świąt zawsze były brązowe z pierwszą literą jej imienia.
            - Łał, to coś nowego – powiedziała Lily.
            - Dziękuję. – Rose posłała babce uroczy uśmiech i założyła sweter, jakby na dowód swojego zadowolenia.
            - Ja też mam taki. – Potter wyciągnęła z paczki swój sweter, opatrzony kwiatem lilii.
            - Wasze i tak wyglądają dobrze – rzekł Albus, wyjmując z paczki sweter w brązowo-zielone paski z literą „A”, która swoim czerwonym kolorem stanowiła mocny kontrast. Młodszy z synów Pottera zrobił krzywą minę, a Lily zachichotała.
            - Al, pokaż się… Ubierz sweter. Bałam się, że mi nie wyjdzie, bo skończyła mi się włóczka – mówiła babcia Molly.
            Dziewczęta zaśmiały się cicho, widząc przerażony wzrok Albusa.

            *

            - Scorpiusie, mamy z ojcem prezent dla ciebie – powiedziała Astoria, kiedy skrzaty posprzątały wigilijny stół.
            - Prezent? Dla mnie? – zapytał przesłodzonym głosem, niczym zaskoczona panienka. Matka spojrzała na niego karcącym wzrokiem, z ustami wydętymi w „dziubek”.
            - Zachowuj się – burknął Dracon.
            - Tak jest. – Młody Malfoy zasalutował i odebrał kwadratowy pakunek, otoczony drogim papierem ozdobnym. Przyłożył doń dłoń i zamknął oczy, przykładając palce wolnej ręki do skroni, niczym jakiś wróżbita. – Wyczuwam negatywne wibracje – zażartował. Delikatnie pozbył się zbędnej otoczki i uniósł do góry grubą księgę w twardej oprawie, z wizerunkiem krwawiącej róży. Uniósł do góry brew i mlasnął cichutko, niezbyt zadowolony tym faktem.
            - Francuskie romansidło – powiedział, podniósł okładkę i zajrzał na pierwszą stronę, dodając: - Po francusku. Tak, to zdecydowanie negatywne wibracje…
            - Powinieneś ćwiczyć swój język – powiedziała Astoria.
            - Tia…
            - Poza tym, to nie jest romans, owszem, występują wątki miłosne, ale…
            - Po prostu podziękuj i zniknij. – Wtrącił się, niezbyt przyjaznym tonem, jego ojciec. Scorpius spojrzał na niego, jak zwykle siedział wyprostowany, palcami dotykając swojej brody, jakby bawił się w myśliciela.
            - Dziękuję – fuknął blondyn, po czym wcisnął książkę pod pachę i wstał od stołu.
            - Kiedy skończysz czytać, napisz jej streszczenie. Po francusku, na minimum trzysta słów.
            Zatrzymał się w pół kroku i spojrzał ponad ramieniem na swoją matkę.
            - Oczywiście – rzekł ulegle i wszedł w korytarz. – Akurat… - Kiedy znalazł się w swoim pokoju, cisnął „prezent” na półkę i szybko o nim zapomniał.

            *

            Czuła jak coś gniecie ją w ramię. Skrzywiła się i otworzyła oczy. Nie rozpoznawała miejsca, w którym była. Uniosła się do pozycji siedzącej, z zaskoczeniem stwierdzając, że leżała na drewnianej posadzce sali gimnastycznej z wieży na Wyspie Perłowej. Wszystko było takie same jak podczas ostatniego etapu konkursu, z tym jednak wyjątkiem, że obraz był rozmazany. Wyglądało to troszkę tak, jakby malarz dodał za dużo wody i farba spływała z płótna. Rozejrzała się, nie zauważając nikogo. Wstała i jeszcze kilka razy obróciła się wokół własnej osi, próbując zrozumieć, co się stało.
            Usłyszała czyjś śmiech. Pospiesznie odwróciła się za siebie, dostrzegając wysoką dziewczynę, ubraną w czarne spodnie bojówki oraz tegoż koloru bluzę z kapturem. Ufarbowane na ciemno, przyklaśnięte włosy wysuwały się spod kaptura, który miała nasunięty na głowę. Twarz miała trupio bladą, z intensywnie niebieskimi tęczówkami i krwiście czerwonymi ustami. Właśnie tak wyobrażała sobie morderców. Dziewczyna zaśmiała się niemal psychopatycznie, a Rose odruchowo sięgnęła do kieszeni, łapiąc różdżkę.
            - Lacarnum Inflamare* – wymruczała czarnowłosa, wysuwając przed siebie swoją różdżkę. Nim Rose zdążyła jakkolwiek zareagować, z różdżki jej przeciwniczki wystrzeliły małe kule ognia. Nie było czasu na wyczarowanie tarczy, Weasley ledwo wyszarpnęła różdżkę z kieszeni. Zrobiła unik, uchylając się w bok, jednak jedna z ognistych kulek trafiła ją w ramię. Szkolna szata od razu zajęła się ogniem. Rose wrzasnęła, bardziej z przerażenia. Płomienie szybko uporały się z cienką warstwą ubrań i  boleśnie wbiły się w skórę. Weasley zadziałała odruchowo, ściągając z siebie płonącą szatę. Rzuciła ją na podłogę i przydeptała. Zmarszczyła brwi, bo to się nie zgadzało. Na turnieju nie miała na sobie szkolnej szaty.
            Ramię bardzo ją piekło. Spojrzała na nie. Stopiony materiał przykleił się do ciała i usunięcie go nie wyglądało na proste. Na skórze miała bąble, kilka pękło, wypluwając ropę. Skrzywiła się i syknęła z bólu. Zaraz jednak przypomniała sobie, że przecież pojedynek się jeszcze nie skończył i jej przeciwniczka pewnie zaraz ją zaatakuje. Ale dlaczego nie zaatakowała do tej pory? Rose rozejrzała się dookoła, z różdżką wysoko uniesioną, jednak po dziewczynie nie było nawet śladu.
            - Czego szukasz? – Usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się i przyjrzała Benowi.
            - Ben? Co ty tu robisz? Przecież nie dostałeś się do konkursu – powiedziała, marszcząc czoło.
            - O czym ty mówisz? Przecież jesteśmy w szkole – stwierdził, wyraźnie rozbawiony. Dopiero teraz Rose z zaskoczeniem odkryła, że naprawdę znajdowali się w Hogwarcie. Jeśli miała być dokładna, były to lochy, niedaleko ukrytego wejścia do Pokoju Slytherinu. Zmarszczyła ponownie brwi, rozglądając się uważnie dookoła siebie. Tutaj również wszystko wydawało się rozmazane, za wyjątkiem Bena, który stał niedaleko niej z subtelnym uśmiechem na ustach i lekko rozwartych ramionach, jakby czekał na uścisk.
            - Chyba jestem zmęczona – powiedziała, robiąc dwa kroki i wtulając się w chłodną klatkę piersiową. Ściągnęła brwi i odsunęła się trochę od niego, dotykając dłonią miejsca, gdzie znajdowało się jego serce. – Jesteś strasznie zimny – stwierdziła. – Powinieneś się cieplej ubierać… - Przyjrzała się jego twarzy. Coś w jej wyrazie się zmieniło. Nie była pewna, co to takiego, ale im dłużej się mu przypatrywała tym głośniej jej wewnętrzny głos krzyczał: „Uciekaj”. Zareagowała w ostatniej chwili. Odwróciła się na pięcie i rzuciła się pędem przed siebie, byle jak najdalej od niego. Słyszała jego kroki i wrzaski, kilka razy obraźliwie ją zwyzywał. Nie oglądała się za siebie aż do zakrętu. Tam obróciła głowę tylko na sekundę, a widząc, jak wciąż ją goni, skręciła w lewo. Nieoczekiwanie wpadła na coś i byłaby się przewróciła, gdyby nie czyjeś dłonie, chwytające ją w pasie. Jej pierwszym odruchem było szarpnięcie się i uwolnienie z uścisku. Dopiero po chwili zauważyła Scorpiusa. Odsunęła się od niego i z przestrachem wyjrzała za róg. Bena nie było nigdzie widać.
            - Dobrze się czujesz? – spytał Malfoy, stojąc za jej plecami. Odetchnęła i obróciła się na pięcie. Już chciała mu coś powiedzieć, ale zamilkła z otwartymi ustami, przypatrując się pokojowi, w którym się znajdowali. Fioletowe ściany z różowymi akcentami, ładne białe meble, kilka dziewczęcych dupereli… Choć obraz był rozmazany rozpoznała w tym pomieszczeniu swój pokój. Rozejrzała się dookoła, zamykając usta i ściągając brwi.
            - Co ty robisz w moim pokoju? – spytała, zwracając swoje spojrzenie w kierunku uśmiechniętego Ślizgona. Uniósł do góry brew.
            - O czym ty mówisz… przecież mnie zaprosiłaś – stwierdził. Spojrzała na niego zdezorientowana.
            - Zaprosiłam? – szepnęła, dotykając dłonią czoła i przecierając nią twarz.
            - No tak, nie pamiętasz? – zapytał, nadal unosząc brew. Rose nawet nie zauważyła, kiedy znalazł się blisko niej, trzymając swoje dłonie na jej biodrach. Całkowicie pochłonięta myślami na temat tych dziwnych sytuacji, przegapiła moment, w którym ją pocałował. Najpierw lekko zszokowana, po chwili zaczęła odpowiadać. Całowali się chwilę, aż nagle Weasley odskoczyła do tyłu.
            - Co jest? – zapytał.
            - To się nie dzieje naprawdę. To się nie mogło wydarzyć! – powiedziała.
            - Do tej pory jakoś nie narzekałaś – stwierdził.
            - Do tej pory? To znaczy, że my…
            - Rose, jesteś pewna, że dobrze się czujesz? – zapytał śmiertelnie poważnie, przyglądając jej się uważnie. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Rose?
            Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć usłyszała dzwonek do drzwi. Zerknęła ponad ramieniem na korytarz domu i odwróciła się plecami do Malfoya, chcąc zejść po schodach. Potknęła się jednak i zaczęła spadać w dół.
            Znasz to uczucie, kiedy podczas snu wydaje ci się, że upadasz i budzisz się, podskakując, jakbyś naprawdę spadał? Tak też było z Rose. Kiedy tylko jej umysł zarejestrował brak gruntu pod stopami, ciało wzdrygnęło się i Weasley obudziła się, uderzając przy okazji łokciem w ścianę.
            - Au – pisnęła cicho, mając na względzie śpiące niedaleko Victoire i Lily. Uniosła się do pozycji siedzącej i rozejrzała po pokoju, który dzieliła wraz z kuzynkami na czas świąt spędzanych u dziadków. W ciemności nocy niewiele było widać, ale na tle kolorowych ścian wyraźnie rysowały się dwa kształty dziewczęcych ciał, śpiące spokojnie, każda w swoim łóżku. Odetchnęła głęboko, bo tym razem, mimo mroku widziała całkiem wyraźnie, co oznaczało, że nie znalazła się w następnym śnie.
            - Co za pokręcony sen – szepnęła w przestrzeń, z powrotem kładąc głowę na poduszce i przymykając powieki. Coś jednak ugniatało ją w plecy na wysokości lędźwi. Skrzywiła się i schowała dłoń pod kołdrę, by ugnieść sprężynę starego łóżka, jak jej się wydawało. Tymczasem jej palce natknęły się na jakąś kwadratową rzecz. Kiedy wyjęła rękę i podsunęła dłoń pod okno, gdzie wpadało trochę księżycowego blasku, okazało się, że trzymała w niej kostkę Rubika. Zmarszczyła czoło, bo nie przypominała sobie, żeby zabierała ją ze sobą do babci. Westchnęła jednak i położyła ją na podłodze, trochę z boku, aby rano jej nie zdeptać. Nakryła się kołdrą i odwróciła twarzą do ściany. Wsłuchując się w miarowe oddechy kuzynek, zasnęła.

* Wszelkie zaklęcia w „Licencji na miłość” zostały wyszukane w Wikipedii w dziale „zaklęcia użyte w cyklu Harry Potter”.