11 sierpnia 2012

36. Na koci rozum

Dla Oliwii. Za rozmowy nocą i wspaniały szablon, którym niedługo się pochwalę.
Oraz dla RoSco na poprawę humoru. 


[Nelly Furtado – Maneater, Twisted Sister – I wannarock, Ron Pope – Beautiful and lost]

            Scorpius siedział na kanapie obitej sztuczną skórą, trzymając w dłoni szklaneczkę z Ognistą bez lodu. To był jego piąty drink dzisiejszego wieczoru i wcale nie czuł, żeby miał być ostatnim. Leniwym spojrzeniem wodził po sali Siódmej Strefy, właściwie samemu nie wiedząc, czego tak naprawdę szukał. Drażniła go głośna muzyka i kłębiący się wokół niego ludzie, ale mając do wyboru Pokój Wspólny Ślizgonów, gdzie na fotelu przy kominku siedział wciąż na niego obrażony Damian, bez zastanowienia przyszedł tutaj. Wolał zabijać nudę alkoholem niż kolejne godziny przesiedzieć w ciszy w gruzach ich zniszczonej przyjaźni.
Przechylił szklankę i upił łyk. Poczuł nieprzyjemne pieczenie, które zaraz ustąpiło miejsca fali spokoju. Spojrzał w kierunku baru, myśląc nad ponownym zwleczeniem się z tej kanapy i wynegocjowanie kolejnej szklaneczki, kiedy jego wzrok padł na dziewczynę siedzącą na jednym z wysokich, barowych krzeseł. Kojarzył ją, choć nie do końca wiedział skąd. Minęło kilka chwil zanim zrozumiał na kogo spoglądał. Elizabeth Morrison, jedna z uczestniczek konkursu na Wyspie Perłowej, ta, z którą nakryła go Weasley. Długie blond włosy miała rozpuszczone i jak zazwyczaj wplotła w nie jakieś koraliki, które teraz błyszczały się w zimnym świetle neonów za barem. Kiwała stopą w rytm muzyki, a znudzonym spojrzeniem oglądała się za ludźmi, bawiąc się jednocześnie słomką w swoim drinku. Musiała wyczuć jego natarczywe spojrzenie, ponieważ obróciła twarz w jego stronę. Kiedy go dostrzegła, pospiesznie odwróciła się do niego plecami, garbiąc się, jakby chciała udać, że wcale jej tam nie ma.
- Potrzebuję jakiejś rozrywki – powiedział rozbawiony. Dopił whisky i wstał, z ironicznym uśmiechem idąc w kierunku baru. Z początku udawał, że jej nie zauważył. Spokojnie położył szklankę na blacie i ruchem dłoni nakazał nalać sobie kolejną porcję. Kątem oka obserwował, jak Elizabeth obraca twarz, próbując zakryć się kurtyną włosów. Parsknął urywanym śmiechem i usiadł na krześle obok niej. – Wiesz, że fakt, że ty kogoś nie widzisz, nie oznacza, że stałaś się niewidoczna? – zapytał. Usłyszał jej ciche warknięcie i mógłby się założyć, że przewróciła oczami. Chyba naprawdę myślała, że może uniknąć dzisiejszego wieczoru rozmowy z nim.
- Co ty powiesz… - mruknęła, obracając się i zakładając włosy za ucho. Upiła łyk drinka, ale ani razu na niego nie spojrzała. – Szkoda, że ty nie możesz zniknąć… - dodała szeptem, co ledwo usłyszał przez panujący dookoła hałas. Większość rozszyfrował z ruchu jej ust, a trochę też sam się domyślił.
- Ostatnim razem kiedy się widzieliśmy nie byłaś dla mnie taka wredna – powiedział, obracając w dłoniach szklankę, jakby szukał odpowiedniego zakrzywienia, żeby się z niej napić. – Rzekłbym nawet, że byłaś raczej… miła? Hmm… może trochę prowokacyjna… bezwstydna… - Upił łyk i dodał: - I wyuzdana. No to na pewno.
- Dupek – powiedziała, odstawiając na blat swoją szklankę i wstając z zamiarem odejścia.
- O, daj spokój. Mi to nie przeszkadza – powiedział nim się oddaliła. – Właściwie, moglibyśmy to powtórzyć – dodał, spoglądając na nią z rozbawieniem. Zatrzymała się przed nim i przyjrzała mu się.
- Palant.

*

            Weasley wyszła z basenu w łazience prefektów i, owinąwszy się ręcznikiem, podeszła do lustra. Rzadko korzystała z tej łazienki, wolała szybki prysznic w dormitorium, ale czasem nachodziła ją ogromna chęć na kąpiel i wtedy tym bardziej cieszyła się z przywilejów bycia prefektem. Związała mokre włosy gumką i wierzchem dłoni przetarła zaparowaną szybę, spoglądając na swoją twarz. Miała trochę zaczerwienione od gorąca policzki i błyszczące oczy. Chwyciła swoją kosmetyczkę i wyjęła z niej oliwkowy balsam do ciała. Jeżeli czegoś się nauczyła od Shili to tego, aby zawsze dbać o swoją skórę. Wycisnęła trochę na palce i wtarła w ramiona, kiedy jej uszu doszedł potworny hałas przewracanej zbroi. Spojrzała na drzwi, w które po chwili coś uderzyło. Podskoczyła mimowolnie i podtrzymując rękami ręcznik ruszyła w ich stronę. Powoli nacisnęła klamkę i, mocniej przyciskając do ciała materiał, otworzyła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Nim zdążyła zareagować do łazienki wleciał Irytek, śmiejąc się głośno i skrzekliwie.
            - Irytek! – krzyknęła, z przerażeniem rzucając się w stronę duszka, który zgarnął z podłogi jej ubranie, rechocząc donośnie. – Zostaw! – Kiedy Poltergeist przelatywał nad jej głową, spróbowała chwycić nogawkę spodni, jednak jej się nie udało i duch wyleciał z łazienki, wrzeszcząc na całe gardło:
            - NADCIĄGA NAGA WEASLEY!
            Rose wybiegła za nim na korytarz, podtrzymując krawędź ręcznika. Z przerażeniem odkryła, że zbroja niedaleko pomnika Borysa Szalonego leżała bezładnie na podłodze, a drzwi do łazienki prefektów zostały oblane zieloną farbą.
            - NAGA WEASLEY! – wrzeszczał duch, zarzucając jej stanik na głowę podobizny Szalonego i śmiejąc się do rozpuku.
            - Irytek! Jak cię dopadnę to pourywam ci ręce przy samej dupie! – wrzasnęła, drobiąc małe kroczki na boso i próbując dosięgnąć irytujące stworzenie. Całkowicie zapomniała, że już dawno wybiła godzina ciszy nocnej, a ona nie dość, że biegała półnaga po korytarzu, to jeszcze krzyczała jak nienormalna.
            Wybiegła zza rogu i nie zdążyła uskoczyć, kiedy wyłaniający się z drugiej strony Malfoy wpadł na nią i przewrócił. Sam przy tym wylądował na niej, boleśnie tłukąc jej żebra. Stęknęła cicho, przymykając powieki. Kiedy ponownie je otworzyła, z zamiarem nakrzyczenia na blondyna, przyszpiliło ją jego błękitne spojrzenie. Owionął ją zapach Ognistej Whisky, wprawiając w dziwny letargiczny stan, w którym hipnotyzujące spojrzenie Ślizgona całkowicie ją pochłonęło. Jeszcze nigdy nie widziała jego twarzy z tak niewielkiej odległości i dopiero teraz naprawdę mogła go dostrzec.
            Szok, jaki wywarł na nim upadek, spowodował chwilowe zaćmienie umysłu. Nawet nie pomyślał o tym, aby wstać. Właściwie nie był do końca pewny, czy w ogóle tego chce. Pochłonęło go jej spojrzenie. Pierwszy raz odkąd się znali był tak blisko niej. Patrząc w jej czekoladowe oczy zauważył nagle, że nie były do końca brązowe. Na brzegach tęczówek tańczyły maleńkie miodowe iskierki, widoczne tylko z tak bliskiej odległości. Poczuł zapach jagód, kątem oka dostrzegając kroplę wody, która płynęła po jej czole i skroni, aby spaść na posadzkę. Była w samym ręczniku, co mimowolnie go pobudziło i podziałało na jego wyobraźnię.
            - CNOTA WEASLEY WSZYSTKIM ZNANA PRZEZ MALFOYA ODEBRANA! – zawył Irytek tuż nad ich głowami, śmiejąc się i fikając w powietrzu, jakby właśnie usłyszał najzabawniejszy dowcip na świecie. Jego głos otrzeźwił ich umysły.
            - Zabiję go – warknęła wściekle Weasley, czerwona na twarzy i z niewielkim wysiłkiem zepchnęła z siebie Ślizgona. Przytrzymując ręcznik wstała i zaczęła wygrażać pięścią wciąż śmiejącemu się duchowi. Nadal leżący na podłodze Scorpius powędrował spojrzeniem wzdłuż zgrabnych łydek i wyżej,  zatrzymując się na dłużej w miejscu, gdzie na gładkim, jasnym udzie odcinał się koniec ręcznika. Przyjrzał się sylwetce, skrytej za materiałem i odsłoniętym ramionom, po których płynęły krople wody, kapiące z końców związanych włosów. W świetle rzucanym przez płonące pochodnie, Malfoy ze zgrozą pomyślał, że jeszcze nigdy Weasley nie wyglądała tak bojowo i seksownie jednocześnie. Pokręcił szybko głową, chcąc odpędzić od siebie te irytujące myśli i wstał, otrzepując spodnie i poprawiając koszulę.
            - Nie zamierzam nawet pytać, dlaczego jesteś w samym ręczniku – powiedział, próbując przypomnieć sobie wszystkie chwile, w których obrażał ją i nienawidził. Nie chciał już więcej myśleć o tym, jakoby była seksowna.
            - Irytek ukradł mi ubranie – powiedziała, poprawiając ręcznik i obciągając go jak najniżej się dało bez odkrywania góry. Zarumieniła się jak dorodny pomidor, nie patrząc na niego.
            - Przecież nie pytałem – burknął, rozglądając się po korytarzu i dostrzegając wiszący na głowie Borysa Szalonego stanik. – Chyba znalazłem jeden fragment – powiedział, wskazując palcem biały biustonosz. Powędrowała wzrokiem we wskazane miejsce i jęknęła cicho.
            - HAHA! A słuchajcie tego – powiedział Irytek, zawisnąwszy nad ich głowami. Nabrał w płuca powietrza i wykrzyczał tak głośno, że Weasley dałaby sobie obciąć włosy, że pobudził pół zamku: - HEJ, FILCH!! KTOŚ TUTAJ NIE ŚPI!!! – Po czym zniknął w ścianie, a ubrania, które wciąż trzymał w rękach, uderzyły w mur i opadły na podłogę. Echo jego śmiechu długo niosło się po korytarzu.
            - Kto tam jest? – Usłyszeli zgrzytliwy głos woźnego i ciche szuranie jego niesprawnej nogi.
            - Lepiej stąd wiejmy – powiedział Malfoy, cofając się. Nie patrząc na Weasley, odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę schodów.
            Weasley pospiesznie pozbierała rozrzucone ubrania i spojrzała w stronę, skąd dochodził głos woźnego. Zza rogu już wyłaniał się jego cień. Przelotnie zerknęła na swój biustonosz, po czym ruszyła biegiem, starając się nie opuścić żadnej z odzyskanych rzeczy. Schowała się za kolumną w momencie, w którym Filch pojawił się w korytarzu piątego piętra.
            - IRYTEK! – wrzasnął mężczyzna, za pewne dostrzegając umazane farbą drzwi i przewróconą zbroję, a Rose przywarła mocniej plecami do chłodnej powierzchni kolumny. Najgorsza noc w całym moim życiu, pomyślała, modląc się jednocześnie do wszystkich znanych sobie bogów, aby Filchowi nagle nie przyszło do głowy spacerowanie po całym korytarzu.
           
*

            - HAHAHA! – Irytek latał nad głowami uczniów, fikając w powietrzu koziołki i raz po raz wykrzykując jakieś szydercze uwagi. Raz doprowadził jedną z dziewcząt do płaczu, wytykając jej, że jest gruba i brzydka. Już dawno nie zachowywał się tak swawolnie i nie baczył na konsekwencje. Jakby spuszczony ze smyczy, wrzeszczał i śmiał się z każdego, kogo napotkał.
            Rose siedziała pod ścianą, schowana we wnęce, opierając łokcie na kolanach i zatykając dłońmi uszy z całych sił. Jej też się oberwało. Podwójnie. Poltergeist nie mógł sobie darować durnego rymu, który wymyślił wczoraj, i przy całej szkole wykrzyczał: „Cnota Weasley wszystkim znana, przez Malfoya odebrana”, co spowodowało lawinę plotek i spekulacji na ich temat. A jakby tego było mało, nocne bieganie w ręczniku i z mokrą głową po chłodnych korytarzach zamku odbiło się na jej zdrowiu i nabawiła się niewygodnego przeziębienia. Pociągając nosem, starała się wyrzucił z głowy tępy ból, który potęgowany przez krzyki ducha, nie pozwalał jej się na niczym skupić.
            Była sobota i teoretycznie po korytarzach miało kręcić się mniej uczniów niż w dni powszednie, jednak zwiedzeni przez głupie zawołania Irytka, powychodzili ze swoich pokoi, żeby się pośmiać. Rose szła właśnie do biblioteki, żeby mimo bólu głowy i przeziębienia odrobić zadane wczoraj prace domowe, kiedy irytujący duch rozniósł po szkole nieprawdziwą plotkę o jej domniemanym romansie ze Ślizgonem. Zaraz wszyscy zaczęli wytykać ją palcami i szeptać między sobą na jej temat. Była zbyt zmęczona, żeby tłumaczyć im nieprawdziwość tego zdania i wytrzymać ich rozbawione, szydercze spojrzenia, dlatego schowała się w tej wnęce i czekała, aż burza ustanie.
            - Próbujesz ukryć się przed światem? – Usłyszała nad sobą spokojny głos, zniekształcony przez zaciskające się na uszach dłonie. Podniosła spojrzenie na Damiana, który stał przed nią, z rękami w kieszeniach dżinsów i przyglądał się jej. – Zamknięcie oczu i zatkanie sobie uszu nie sprawi, że nagle znikniesz – dodał, uśmiechając się niepewnie.
            - Nie wymądrzaj się – powiedziała.
            - Mogę się dosiąść? – zapytał i, nie czekając na odpowiedź, wyjął ręce z kieszeni i usiadł obok niej.
            - Wciąż jestem na ciebie zła.
            Zabini westchnął, ale się nie odezwał. Zapadła między nimi cisza, jedna z tych krępujących, kiedy chciałoby się coś powiedzieć, ale nie wie się jakie słowa byłyby odpowiednie.
            - Przepraszam – powiedział nagle Ślizgon. Nie spojrzała na niego, wciąż wpatrując się w obraz wiszący na ścianie naprzeciwko.
            - Za co?
            - Za te zdjęcia. Zrobiłem je i chciałem ci powiedzieć, ale nie byłem pewny, czy chcesz to usłyszeć ode mnie – odparł spokojnie, tak jak ona patrząc na płótno z samotnym drzewem pośrodku polany.
            - Wolałabym je usłyszeć od ciebie niż od durnego Malfoya, który zrobił z tego grecką tragedię. Przyjaciele mówią sobie wszystko.
            Umilkła. Po chwili Damian westchnął i zaczął poważnym tonem:
            - Cnotę straciłem jak miałem 15 lat z Paulą Lasec…
            - Dobra, nie wszystko. – Rose przerwała mu w połowie zdania, unosząc dłoń do góry. Zaraz jednak spojrzała na niego z wesołym błyskiem w oku. – Naprawdę z nią? – zapytała.
            - Nie osądzaj. Byłem pijany i…
            - Fuj!
            -… i założyłem się z Malfoyem! Nie śmiej się! – zawołał, szturchając ją lekko w ramię, kiedy wybuchła śmiechem. Zaraz jednak się uspokoiła, krzywiąc się z bólu, który rozsadzał jej czaszkę.
            - Co jest?
            - Umieram – zawyła żałośnie, opierając czoło o kolana. – Głupi Irytek! Przez niego dostałam przeziębienia! – I jakby na potwierdzenie swoich słów, kichnęła zdrowo. – A teraz jeszcze wszystkim wykrzyczał ten swój dziecinny rym i nawet spokojnie nie mogę iść do biblioteki.
            - „Cnota Weasley wszystkim znana, przez Malfoya odebrana”, hę?
            - Też to słyszałeś? – spytała, jęcząc marudnie i odchylając głowę do tyłu. – Nie mam nawet siły na tłumaczenie…
            - Nie musisz. Ci inteligentni wiedzą, że Irytek jest debilem, który po prostu chce wszystkim dopiec. Nie wierzą w to co mówi. A reszta to tacy sami debile jak on.
            Spojrzała na niego z wdzięcznością, uśmiechając się lekko.
           
            *

            Snowy wiódł szczęśliwe życie. Na tyle spokojne na ile mogło być życie kota czarownicy, ale szczęśliwe. Zawsze miał co jeść, był wolny, mógł chodzić własnymi ścieżkami, a kiedy potrzebował pieszczot, wystarczyło się trochę do kogoś połasić.
            Teraz leżał na poduszce swojej właścicielki, Shili Ishihary, machając leniwie ogonem, i obserwował typowe ludzkie zachowania. Azjatka pisała coś w różowym notatniku, który kiedyś w rozmowie z nim nazwała „pamiętnikiem”. Nie wiedział, czym jest ten pamiętnik, ale najwyraźniej było to coś ważnego, bo jego pani coraz częściej do niego zaglądała. Miała przy tym skupiony wyraz twarzy, jakby nad czymś bardzo mocno się zastanawiała.
            Dwie idiotki, Pamela i Dakota, stały przed szafą, przymierzając ubrania i głośno o czymś dyskutując. Zachowywały się jak nieznośne myszy, które wciąż piszczały. Jednak Snowy nie reagował. Nie przeszkadzały mu, dopóki nie wchodziły mu w drogę.
Rozejrzał się po pokoju, po czym leniwie podniósł zad, wyciągając przednie łapki i przeciągając się jak rozkoszny kociak. Zeskoczył na podłogę i trzymając się blisko łóżka Shili, potruchtał do drzwi. Usiadł obok, wciąż machając ogonem i czekał, aż ktoś raczy mu otworzyć przejście. Spojrzał na swoją panią, ale nie zwróciła na niego większej uwagi, natomiast na Dakotę i Pamelę nie miał co liczyć, bo wciąż zajęte były swoimi ubraniami. Pers wyrzucił w górę przednie łapki i wyciągnął pazurki, drapiąc drewnianą powierzchnię drzwi. Już dawno nauczył się, że takie zachowanie zawsze działa i zwykle wszyscy go dostrzegają. I tym razem Ishihara spojrzała na niego surowo i podniosła się, lecz nim zdążyła do niego podejść, do pokoju weszła Nicole.
- Cześć, Snowy – powiedziała słodko i schyliła się, głaszcząc go po głowie i grzbiecie. Wygiął się, uciekając przed jej dotykiem. Nie lubił Nicole, miała dziwne dłonie i zawsze wyjadała mu kocie ciasteczka. Rozumiał, że są przepyszne, ale były jego, a on nie lubił, gdy mu się coś zabierało.
Miauknął i wybiegł z pokoju, przeciskając się między jej nogami. Zbiegł po schodach do Pokoju Wspólnego i schował się pod stolikiem. Sporo ludzi kręciło się po pokoju, więc trzymając się blisko ściany, potruchtał w kierunku kominka. Niewiele osób wiedziało, że pomiędzy kominkiem a wielką donicą z jakimś kwiatkiem, za drewnianą komodą, była dziura w ścianie. Była na tyle duża, aby z łatwością mógł się przecisnąć. Spojrzał ostatni raz na ludzi, po czym schował się za komodą i wcisnął do dziury. Znalazł się w tunelu, który prowadził w dół na czwarte piętro, gdzie za małym obrazem znajdowało się wyjście. Kot łapą przesunął płótno i wychylił głowę. Na korytarzu nikogo nie było, więc zgrabnie zeskoczył na posadzkę i usiadł, zabierając się za toaletę. Ukryte tunele zawsze były zakurzone, więc musiał oczyścić swoje lśniące, białe futerko.
Kiedy uznał, że każdy włosek jest już na swoim miejscu i kurz nie zmienia koloru jego sierści, wstał i ruszył powoli w prawo. Starał się unikać ludzi, którzy wydawali mu się dzisiaj dziwnie podekscytowani. Ciągle coś do siebie szeptali i śmiali się bez powodu. Snowy lawirował między ich nogami, nie dając się zdeptać. W końcu skręcił w prawo, żeby schować się za kolumną, kiedy dostrzegł siedzącą na podłodze Rose. Rozmawiała z jakimś chłopakiem. Nie namyślając się długo potruchtał w jej stronę i wskoczył Rudej na kolana.
- Snowy! – zawołała zaskoczona, chwytając go pod przednie łapy i podnosząc do góry. Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. Lubił Rose, ładnie pachniała i zawsze miała dla niego jakąś przekąskę. – Oj, nie mam nic dla ciebie, bo wszystko zostało w pokoju. – No, prawie zawsze. Ale i tak ją lubił. Wiedziała czego kotu potrzeba do szczęścia. Niespodziewanie jednak przystawiła go do twarzy chłopaka. Nachylił się lekko w jego stronę, pociągając nosem by poczuć jego zapach. – Patrz, chyba cię polubił – powiedziała do chłopaka. Wcale go nie polubił. Pachniał lochami, a Snowy nie zapuszczał się w tamte tereny.
- Nie wydaje mi się – odparł, z krzywą miną odsuwając od siebie kota. Snowy zjeżył sierść i wygiął grzbiet, chcąc wydostać się z uścisku Rose. Kiedy mu się to udało, odbiegł kilka metrów i przysiadł, liżąc łapkę.
- To twój kot? – zapytał chłopak. Ruda spojrzała na niego z uśmiechem.
- Shili – odparła. Snowy przestał się lizać i przyjrzał się chłopakowi. Miał na piersi herb z wężem. Dlatego pachniał lochami, mieszkał tam.
Kot wyczuwał niezręczność sytuacji.
- Pójdziesz ze mną do Hogsmeade w ten weekend? – zapytał Ślizgon szybko.
Snowy wyczuł niepewność. Ułożywszy się wygodnie na posadzce, obserwował go z przymrużonymi oczami, leniwie machając ogonem. Rose spojrzała na chłopaka zaskoczona, ale jej głos zabrzmiał pewnie.
- Jasne. Czemu nie?
Pers zaczął mruczeć, przyglądając im się. Niewiele osób wie, że mruczenie nie jest tylko oznaką zadowolenia. Koty często mruczą w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Coś w Ślizgonie kazało mu trzymać się od niego z daleka. Jeszcze nie wiedział co, ale był pewny, że ta siła jest mocna, ciemna i przerażająca. A Rose najwyraźniej jej nie wyczuwała, bo uśmiechała się wesoło.
- Czemu się na nas gapi? – zapytał nagle mieszkaniec Domu Węża.
- Kto? Snowy? – spytała Weasley głupkowato. We wnęce nikogo innego nie było. – Niby jak?
- Tak… strasznie…
- Daj spokój. To tylko kot. Po prostu patrzy – odparła dziewczyna, śmiejąc się. To było oburzające. Nazwanie rodowitego persa „tylko kotem” dotknęło jego dumy. Snowy automatycznie przestał mruczeć i wstał, odwracając się tyłem do Rose i nieznajomego chłopaka.
- Chyba się obraził – stwierdził Ślizgon.
Kot, nie zaszczycając ich spojrzeniem, odmaszerował. Nagle naszła go ochota na pasztet z królika. I doskonale wiedział, gdzie może taki dostać. Pewien gruby Puchon, którego nigdy nikt nie lubił, zawsze nosił w torbie małe opakowania z pasztecikami. Snowy podkradał mu je, kiedy ten był zajęty czym innym. Puchon łatwo się rozpraszał, więc zabranie mu jednego czy dwóch pasztecików było dziecinnie proste. Wystarczyło go tylko znaleźć. Zazwyczaj przesiadywał na kamiennej ławie na dziedzińcu i tam też się udał. Nie zszedł nawet na drugie piętro, kiedy poczuł jak sierść na grzbiecie unosi się. Wydał wrzask przerażenia w momencie, w którym ze ściany wyleciał Irytek i złapał go jedną ręką, unosząc do góry.
- HAHAHA! – śmiał się duch, podczas gdy Snowy rozpaczliwie próbował wydostać się z jego uścisku. Jakby tego było mało, Irytek przywiązał mu coś do ogona i dopiero wtedy puścił. Pers spadł na cztery łapy, ale niemal od razu zaczął kręcić się w kółko próbując złapać czerwoną wstążeczkę. Irytek w tym czasie zniknął. Snowy denerwował się coraz bardziej. Wstążka uwierała go, a poza tym wywoływała w nim tą niepohamowaną chęć złapania jej.
- Hej, spokojnie, młody! Zrobisz sobie krzywdę. – Usłyszał i po chwili został podniesiony do góry. Zdezorientowany nagłym znalezieniem się metr nad ziemią, Snowy przestał na moment myśleć o czerwonej wstążce. – Ale cię Irytek urządził. – Spojrzał na znajomą twarz. To Scorpius Malfoy odwiązywał właśnie materiał z jego ogona. – Cóż, nie tylko ciebie.
Snowy spojrzał na niego. Czuł lochy i ten dziwny zapach, co ludzie nazywają perfumami. Przygotowany na kolejny atak dziwnego niepokoju, który odczuwał przy tamtym Ślizgonie, Snowy odchylił się. Nic jednak takiego nie poczuł, a w zamian zrozumiał, że lubi tego chłopaka.
- No i po kłopocie – powiedział Malfoy, opuszczając go z powrotem bezpiecznie na ziemię. Kiedy kucał z jego kieszeni coś wypadło. Zaalarmowany Snowy rzucił się na to, dostrzegając po chwili kolorową kostkę Rubika. Kilka razy przeturlał ją po podłodze, między swoimi nogami, ganiając za nią. Rose miała taką samą. Często się nią bawił. Zaraz jednak Ślizgon złapał ją i schował z powrotem. Kot usiadł, patrząc na niego. Doskonale wiedział kim jest Scorpius Malfoy, choć rzadko miał z nim do czynienia. Jego nazwisko często padało w rozmowach jego pani z Rose. Niezbyt przychylnie się o nim wyrażały. Raz nawet Shila zabroniła mu się do niego zbliżać. Jakby nie wiedziała, że nie zrobi to na nim wrażenia. Jednak Snowy nie miał ochoty zadawać się z żadnym Ślizgonem. Tym bardziej zaciekawił go fakt, że przy tym chłopaku czuł się lekko i swobodnie. Lubił go. I wiedział, że zamiast tamtego chłopaka, Rose mogłaby polubić Malfoya. 

__

Wkurzyłam się na Onet. Ten rozdział został opublikowany wczoraj przed północą, ale przez 12 godzin nie pojawił się na blogu. Mam już tego dość. Postanowiłam zamknąć tamtą Licencję i całkowicie odciąć się od Onetu na rzecz Blogspota. Robię to z ciężkim sercem, ale chyba nie mam wyboru.
Ten rozdział jest trochę inny. Po raz pierwszy macie fragment z perspektywy kota. Nie wiem, czy przypadnie Wam do gustu, ale musiałam jakoś urozmaicić opowieść, a ten pomysł wydawał się oryginalny. Jest też głęboki look w oczy i Damian Zabini, bo może ktoś się stęsknił.
Za błędy przepraszam.
Jeśli macie jakieś pytania, prośby, sugestie, chcecie w następnym odcinku kogoś konkretnego, piszcie w komentarzach.
Pozdrawiam. 

14 lipca 2012

35. Listy miłosne



„Miłość to dym jest, spłodzony westchnieniem;
W szczęściu – jest w oczach błyszczącym płomieniem,
W męce – jest morzem, karmionym łez rzeką;
Jest i mądrością miłość – szalejącą,
Zatrutą żółcią, słodyczą leczącą…” 1

            Shila przez chwilę wpatrywała się w błękitny kartonik, po raz kolejny odczytując wykaligrafowane czarnym atramentem słowa. Brzmiały pięknie, nawet szeptane.
            Palcem przejechała po krawędzi listu, czując na skórze jego ostrość. Uśmiechnęła się pod nosem i przygryzła dolną wargę, dyskretnie rozglądając się po Wielkiej Sali. Nie zauważyła niczego niezwykłego; uczniowie zajęci byli sobą lub swoim śniadaniem. Na próżno szukała wzrokiem kogoś, kto dawałby jej jakieś sygnały. Nikt nie spoglądał w jej stronę, nikt się nią nie interesował. Poczuła lekki zawód. Z westchnięciem chwyciła leżącą obok kopertę, kolorystycznie dobraną do barwy listu i wsadziła do niej kartonik, jeszcze raz oglądając ją dokładnie z każdej strony. Oprócz równie pięknie wykaligrafowanego jej imienia na froncie, nigdzie nie było nadawcy.
            - I muszę ci powiedzieć, że jestem w ciąży – powiedziała Rose, opierając się łokciami o blat stołu i spoglądając na nią ponad talerzem pełnym chlebowych okruchów.
            - Yhm. To bardzo interesujące, to co mówisz – stwierdziła Shila, kładąc swoją torbę na kolana i chowając kopertę z liścikiem między książki. Zaraz jednak zastygła w bezruchu, jedynie przenosząc wzrok na poważną Weasley. – Zaraz, co? Jak to w ciąży? – zapytała.
            - Więc jednak słuchasz co do ciebie mówię. – Rose uśmiechnęła się, otrzepała dłonie i wstała, chwytając torbę. Shila szybko zatrzasnęła klamry w swojej i zerwała się z miejsca.
            - Czekaj! Rose! – zawołała, biegnąc za nią. – Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia? – zapytała. Ruda obróciła się na pięcie z wesołym uśmiechem.
            - Tylko żartowałam. Chciałam zwrócić twoją uwagę – powiedziała. Shila dobiegła do niej i położyła sobie dłoń na piersiach, oddychając głęboko.
            - Żartowałaś? Dobrze. Bardzo dobrze. – Kiwała głową, starając się złapać oddech po tych kilku metrach biegu. Rose zaśmiała się.
            - Gdybyś tylko widziała swoją minę – stwierdziła, łapiąc Shilę pod ramię.
            - Ciekawe jak ty byś wyglądała. – Odgryzła się Shila. Rose tylko roześmiała się szczerze.

*

„Zejdź, piękne słońce, zabij blask księżyca,
Który już pobladł z zazdrości i gniewu,
Że piękniej jego jaśnieje kapłanka (…)
To pani moja, to miłość jest moja!
Ach, gdyby o tym, ach, gdyby wiedziała!” 2

            Westchnęła, obracając kartonik w dłoniach. Próbowała znaleźć jakiś znak szczególny, inicjał, który pomógłby jej odnaleźć autora tych słów. Po południu dostała kolejny liścik. Sprawa z ukrytym wielbicielem była dość intrygująca i musiała przyznać – nawet jeśli jej się to nie podobało – że kręciła ją taka zabawa. Jednak o wiele ciekawiej by było, gdyby owy wielbiciel miał zamiar się ujawnić. Mogłaby mu w końcu osobiście podziękować i może umówić się na kawę. Jednak nic nie wskazywało na to, aby ktokolwiek chciał się przyznać do wysyłania tych krótkich notek.
            Kucnęła na podłodze i sięgnęła pod łóżko. Wyciągnęła stamtąd metalową skrzynkę, w brunatnym kolorze, zamkniętą na małą kłódkę. Różdżką stuknęła w zameczek i wypowiedziała ciche „alohomora”, zdejmując zabezpieczenie. Otwarła wieko i włożyła do środka niebieską kopertę z listem w środku. W skrzynce znajdowało się już trzynaście takich samych kopert: błękitnych z wykaligrafowanym jej imieniem, skrywających w środku również błękitny kartonik, wielkości wizytówki, z liścikami. Nie powiedziała o nich nikomu, nawet Rose. Chciała mieć coś dla siebie, taką małą tajemnicę. Pierwszy list otrzymała tydzień temu i od razu stwierdziła, że znalezienie nadawcy wcale nie będzie trudne. Teraz jednak coraz częściej myślała, że może Rose byłaby lepsza w tych poszukiwaniach.
Zatrzasnęła skrzynkę i schowała ją z powrotem pod łóżko. Podniosła się, otrzepała kolana i wyszła z pokoju, chowając wcześniej różdżkę do wewnętrznej kieszeni płaszczyka. Obiecała Rose, że przyjdzie pokibicować jej na treningu. Za kilka dni Gryfoni mieli zmierzyć się w quidditchu z Krukonami, musieli być w formie. Przeskoczyła kilka ostatnich stopni, które dzieliły ją od wyjścia z zamku, kiedy niespodziewanie z wnęki po prawej stronie wyszła niewysoka szatynka, zaczytana w jakimś czarodziejskim czasopiśmie. Rozpędzona Shila nie miała możliwości zmiany kierunku, a pogrążona w lekturze nieznajoma dostrzegła ją dopiero w ostatnim momencie. Tym momentem było bolesne zderzenie się dwóch dziewczęcych ciał i głośne uderzenie w posadzkę. Uczniowie, którzy znajdowali się na tej kondygnacji wybuchli śmiechem, obserwując całą sytuację. Shila podparła się rękami po obu stronach głowy nieznanej dziewczyny, znajdując się bardzo blisko niej. Niemal stykały się nosami. Szatynka wyglądała na zarówno zszokowaną jak i przestraszoną. Otworzyła szeroko oczy i ani drgnęła.
- Sorry – mruknęła Shila, niezgrabnie podnosząc się do pozycji stojącej. Otrzepała spodnie i płaszczyk z niewidzialnego kurzu i spojrzała na nieznajomą, która dopiero podnosiła się na łokciach, żeby usiąść. Podała jej rękę, zauważając herb Ravenclaw na piersi. – Krukonka, ha? – spytała. Szatynka, stojąc już na nogach, zdezorientowana spojrzała na swój herb. – Który rok?
- E… czwarty – odpowiedziała, zająknąwszy się. Shila posłała jej wesoły uśmiech.
- Przepraszam, że tak na ciebie wpadłam… - przerwała, spoglądając na nią wyczekująco. Krukonka wpatrywała się w nią jakby nie rozumiała ani jednego słowa. Zaraz jednak potrząsnęła głową i, uśmiechając się niepewnie i jakby niezręcznie, dopowiedziała:
- Willow. I to ja… przepraszam, powinnam była… patrzeć… przed siebie. – Jąkała się, uciekając wzrokiem na boki. Ishihara uśmiechnęła się.
- Ładne imię, Willow. Muszę lecieć, pa – powiedziała, machnąwszy ręką na pożegnanie. Zniknęła za drzwiami głównymi i już całkiem zapomniała, że spotkała kogoś takiego.

*
           
            Shila przechadzała się między regałami w bibliotece szkolnej, z palcem przytkniętym do grzbietów książek. Szukała jakiegoś opracowania, które pomogłoby jej napisać kolejne nudne wypracowanie na historię magii. Zastanawiała się właśnie nad jednym tytułem, kiedy po całym pomieszczeniu rozniósł się głuchy odgłos spadających książek i krótkie, ale jękliwe: „ałć”. Zainteresowana Ishihara wychyliła głowę zza regału, dostrzegając w alejce nieopodal stertę zrzuconych ksiąg i czyjeś ręce wystające z niej w pewien komiczny sposób. Uśmiechnęła się i już chciała podejść bliżej, aby dowiedzieć się, któż to taki zakłócił spokój czytelni i zniszczył drogocenne woluminy, ale na horyzoncie pojawiła się pani Pincent, nowa bibliotekarka, już śpiesząca ukarać łobuza. Ishihara schowała się więc za regałem i obserwowała. Nie widziała twarzy nieszczęśnika, ale wyraźnie słyszała oburzony głos bibliotekarki. Z piskliwego pojękiwania wywnioskowała, że owym rozrabiaką była dziewczyna. Pani Pincent kazała jej wszystko posprzątać i wyprostować każdą zgniecioną kartkę, a na koniec rozkazała jej zostać po zamknięciu biblioteki i poodkładać wszystkie nie schowane księgi na miejsce. Nie kryjąc swojej złości, tupnęła nogą jak rozwydrzone dziecko i obróciła się na pięcie, odchodząc do swojego biurka. Gryfonka wyszła z  ukrycia i podeszła do dziewczyny.
            - Przerąbane, co? – spytała. Szatynka podskoczyła, nie spodziewając się usłyszeć kogokolwiek i spojrzała na nią wystraszonymi, szeroko otwartymi oczami. – Hej, to na ciebie wpadłam wczoraj na schodach – zawołała Azjatka, wskazując na nią palcem. Krukonka kiwnęła głową i odwróciła wzrok, nie patrząc na nią.
            - Willow. Tak – odparła, schylając się pospiesznie po jedną z książek. Opierając ją na przedramieniu, wolną dłonią starała się wyprostować kartki.
            - Jestem Shila – powiedziała Gryfonka, przyglądając się jej nerwowym ruchom.
            - Wiem – odpowiedziała Willow, nieco za szybko, niżby wymagały tego maniery. Ishihara zmarszczyła brwi, a Krukonka przyglądała jej się wystraszona. – To znaczy… wiem… jesteś raczej znana… w Hogwarcie – wyjąkała. Ishihara jeszcze bardziej się zdziwiła.
            - Czy ty się mnie boisz? – spytała, opierając się ramieniem o regał.
            - Co? Nie. Skąd.
            Gryfonka uniosła do góry brew i przejechała językiem po dolnej wardze. Zaraz jednak odsunęła się od regału i schyliła się, podnosząc kilka książek.
            - Co ty  robisz? – zapytała przestraszona Willow.
            - Pomagam ci. Pokażę, że jestem miła i uprzejma i nie masz się czego bać – powiedziała. Krukonka przyglądała jej się dłuższą chwilę i podniosła kilka następnych ksiąg. Chwilę później rozmowa sama zaczęła się kleić, a Willow coraz bardziej rozluźniała się w towarzystwie Shili. Wciąż jednak czujnie ją obserwowała i uważała na słowa, ale kilka razy nawet uśmiechnęła się i powiedziała jakiś żart.
            Willow nie była wysoka, sięgała Shili do brody i musiała podnosić głowę, żeby na nią spojrzeć, ale wydawała się być bardzo miła. Miała ciemne, prawie czarne włosy i zielone, kocie oczy. Czasem, kiedy odbiło się w nich jakieś światło, sprawiały wrażenie, jakby zawarte w nich były różnokolorowe iskierki. Shili bardzo się to podobało i kilka razy specjalnie kazała Willow spojrzeć pod pewnym kątem. Krukonka była ładnie opalona, na miedziany kolor, który komponował się z jej smukłą twarzyczką i mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi.
           
- Przyszedł do ciebie list, kiedy się kąpałaś – powiedziała Rose, siedząc na swoim łóżku z tubką kremu na stłuczenia i wcierała go w obolałe nogi. Tego wieczoru również trenowali i Rose kilka razy oberwała tłuczkiem. Wielki siniak na jej łydce potwierdzał jedynie z jak wielką prędkością poruszały się te okropne piłki. – Leży na twoim łóżku – dodała. Shila poprawiła ręcznik, którym owinęła włosy i podeszła do łóżka, zabierając z niego niebieską kopertę.

„Niech sen twe oczy, pokój pierś owieje!” 2

Shila uśmiechnęła się pod nosem i schowała list pod poduszkę, siadając na krawędzi łóżka.
- Kto napisał? – zapytała Rose, krzywiąc się, kiedy mocniej nacisnęła na bolące mięśnie. Shila spojrzała na nią, szukając jakiegoś wytłumaczenia. Nie chciała jej zdradzać swojej tajemnicy. Jeszcze nie.
- Nikt taki – odparła. Weasley wzruszyła ramionami. – Ten sport jest brutalny – powiedziała Ishihara, odciągając temat od jej tajemniczego wielbiciela.
- Mi to mówisz…

*

            Rose stała w szatni gryfońskiej drużyny i przyglądała się kartce, na której zgrabnym pismem rozpisała sobie cały turniej. Miała tam zaznaczone wszystkie mecze i zwycięzców. To był ostatni mecz Gryfonów w tym sezonie.
            - Dobra, ludzie… Słuchajcie – powiedział James Potter, kapitan drużyny. Ubrany w czerwono-złotą szatę, stanął obok zielonej tablicy, na której kilka minut wcześniej ktoś narysował trolla. Rose zgięła kartkę i schowała ją do kieszeni. Wraz z innymi usiadła na ławce. – Pewien ptaszek doniósł mi, że Krukoni mają zamiar grać nieczysto… - W szatni dało się słyszeć burczenie i niezadowolone głosy drużyny. – Rose, ty jesteś szczególnie narażona. – Weasley podniosła wzrok na kapitana. - Podobno mają w planach cię unieszkodliwić. Szybuj ponad boiskiem, unikaj tłuczków i wszelkich fizycznych kontaktów z innymi graczami, jasne? – Ruda pokiwała głową na znak, że zrozumiała. – Potter, będziesz jej pilnował. Żaden tłuczek nie może jej dotknąć. – James wskazał palcem na swojego brata. Nikogo nie zdziwiło, że nazwał go po nazwisku, było to tak samo naturalne jak obrót ziemi wokół słońca.
            - Nie bawmy się w żadne uniki! Zawalczmy! – zawołał Craig, ścigający.
            - Pewnie! Rozkwaszę im wszystkim nosy! – dołączył się Klemens, podrzucając do góry swoją drewnianą pałkę.
            - Nie będzie żadnego rozkwaszania nosów – powiedział wyraźnie James. – Gramy czysto i dajemy z siebie wszystko.
            - Co to za zabawa bez złamanego nosa? – zapytaj Jackson. Nikt już nie zdążył mu odpowiedzieć, ponieważ rozległ się dzwonek, zwołujący drużyny na boisko. Podnieśli się ze swoich miejsc i ustawili się przy wyjściu.
            - Weasley, lepiej złap ten znicz – powiedział James, nachylając się do jej ucha. Ruda spojrzała na niego i kiwnęła głową. James odszedł na przód, aby poprowadzić swoją drużynę, a Rose zastanowiła się chwilę nad tym, co właśnie im powiedział. To było trochę dziwne, że postanowili uciekać się do przemocy. Krukoni nigdy nie używali siły, nie jeśli nie była potrzebna. Co prawda mieli kiepskiego szukającego, ale za to nadrabiali świetną strategią. Na każdy mecz mieli przygotowane co najmniej cztery i potrafili je zmieniać w trakcie gry. To było niesamowite, kiedy nagle, na czyjś niewidoczny znak, wszyscy ścigający zmieniali kierunek. Drużyna przeciwna zazwyczaj nie wiedziała co się tak naprawdę stało. Nawet Ślizgoni się ich obawiali, bo pokonanie Krukonów zależało jedynie od szukającego. Jednak teraz musiało się coś stać, jeżeli zamierzali grać brutalniej niż zazwyczaj.
            - … oraz Gryffindor! – Rozległo się ze stadionu. Otwarły się drzwi i szum wrzasków uczniów wleciał do szatni. Gryfoni wybiegli na boisko. – W skład drużyny Gryfonów wchodzą: obrońca, a zarazem kapitan James Potter! Ścigający Craig Levitt, Jackson Maxwell, Quinn Glenn! Niesamowici pałkarze Albus Potter i Klemens Halley! A także wspaniała szukająca Rose Weasley, która w zeszłym roku łapała znicze na każdym meczu swojej drużyny!
            Ruda rozejrzała się po trybunach. Niemal wszystkie miejsca były zajęte. Ludzie krzyczeli, machali, rozkładali ręcznie robione plakaty i proporczyki. Boisko błyszczało barwami Gryffindoru i Ravenclawu. Szkarłat mieszał się z błękitem.
            Podeszła do wszystkich zgromadzonych na środku boiska. Czuła w dłoni gładką powierzchnię trzonka swojej miotły. Spojrzała na Irmę Bach, dziewczynę będącą kapitanem drużyny Krukonów, i przełknęła cicho ślinę. Irma nie wyglądała jak dziewczyna; była szeroka w barach i wąska w biodrach, prawie w ogóle nie miała biustu, a krótkie włosy miała zaczesane do tyłu. Rose była niemal pewna, że gdyby przyjrzeć się jej bliżej, można by dostrzec zarost na jej kwadratowej szczęce. Krukonka podała dłoń Jamesowi i uśmiechnęła się dość przyjaźnie, co w połączeniu z jej męską twarzą dało raczej odwrotny efekt.
            - Nie życzę sobie żadnych nokautów. Gra ma być czysta i przyjemna – powiedziała pani Hooch.
            - Oczywiście.
            - Ostatnie instrukcje od sędziego i za chwilę zaczynamy. A ja chciałbym przypomnieć wam, drogie koleżanki i koledzy, że w trakcie meczu po trybunach chodzić będą nasi sprzedawcy, mający w swoim zapasie słodkości prosto z Magicznych Dowcipów Weasleyów. Czekoladki Q-py Blok3 możecie dziś zakupić po promocyjnej cenie15 knutów! Tylko dzisiaj, moi drodzy, 15 knutów. Taka okazja może się już nie powtórzyć.  – Rose zaśmiała się, słysząc reklamę, jaką Matt Flint wplótł w swoją wypowiedź. Na znak pani Hooch, przełożyła nogę przez miotłę, a gdy usłyszała gwizdek, wystrzeliła w powietrze, chcąc jak najszybciej znaleźć się ponad boiskiem. – Weasley ruszyła jak z procy, zajmując swoja stałą pozycje obserwatorską. Oby dziś złapała znicz. Kafel w grze, rozpoczęli Gryfoni. Jackson Maxwell pruje powietrze, ale dopadają go ścigający Krukonów, Soul i Herper…
            Rose zawisła i przez chwilę obserwowała grę. Starała się znaleźć tłuczki, ale nigdzie żadnego nie widziała. Albus kręcił się w pobliżu, przygotowany na ewentualny atak piłki.
            - Rose! Patrz! – zawołał do niej, wskazując coś palcem. Ruda podniosła wzrok, dostrzegając Merlina, szukającego Krukonów, który niewyraźnie kręcił się nad trybunami, wychylając się na boki, jakby czegoś szukał.
            - To idiota! Nie zwracaj na niego uwagi! – odkrzyknęła.
            - Nie! On chyba naprawdę coś znalazł! – wrzasnął. Jeszcze raz przyjrzała się Merlinowi. Wykonywał dziwne ruchy na tej miotle, jakby chciał wylądować między ściśniętym tłumem. Nie darowałaby sobie, gdyby złapał teraz znicz, dlatego pochyliła się do przodu i poleciała w jego stronę. Zostało jej tylko kilka metrów, kiedy dostrzegła to, co tak zainteresowało Merlina. Między głowami uczniów unosił się znicz, mała, złota piłeczka. Rose zauważyła, że Merlin próbuje jej dosięgnąć, ale z marnym skutkiem, co tylko potwierdziło jej przekonanie o jego niskim poziomie inteligencji. Złapanie znicza w takiej sytuacji, gdzie wcale się nie ruszał, było dziecinnie proste. Nim jednak zdążyła podlecieć bliżej, piłeczka zamigotała w słońcu i znikła. Odleciała tak szybko, że tylko bystre oko Rose zarejestrowało kierunek. Ona poszybowała w prawo, za to Merlin postanowił polecieć w lewo.
           
*

            Shila stała tuż przy barierce, oglądając mecz. Ściskała w dłoniach jeden z końców wielkiego transparentu, który wcześniej wykonała Lily. Podobno namalowała na nim ryczącego lwa, choć Ishihara była pewna, że wyglądał bardziej jak żółtobrązowa jaszczurka z grzywą. Panna Potter bardzo żywo i głośno kibicowała drużynie swojego domu. Kilka razy nawet gwizdnęła na palcach i przeklęła, wyzywając Krukonów, którzy zdobyli do tej pory trzydzieści punktów. Gryfoni wciąż pozostawali przy zerze.
            - Niech was kałamarnica zeżre, kujony jedne! – wrzeszczała, podskakując i wymachując groźnie pięścią. Azjatka stała niedaleko i spoglądała na nią z wesołym uśmiechem. Zachowanie Lily było zabawne, a jednocześnie w duchu przyznawała rację jej słowom.
            Shila rozejrzała się dookoła. Na trybunie po prawej stronie dostrzegła znajomą postać. Przy barierce, od jej strony stała Willow, bacznie obserwując mecz. Miała w ręce malutką chorągiewkę w barwach swojego domu, choć wcale nie wyglądała na taką, która by kibicowała. Ona po prostu tam stała i patrzyła. Ishihara uśmiechnęła się pod nosem, a kiedy jej natarczywe spojrzenie zdołało oderwać wzrok Krukonki od graczy, pomachała jej. Znajdująca się kilkanaście metrów dalej Willow również uśmiechnęła się i lekko podniosła rękę.
            - Coś się dzieje, moi drodzy! Weasley nie może się ruszyć, bo ze wszystkich stron atakują ją tłuczki! Pałkarze Ravenclawu urządzili sobie z niej worek treningowy, wzięli ją w krzyżowy ogień i odbijają do siebie oba tłuczki naraz! To bardzo niebezpieczne! Weasley broni się jak może, a w tym czasie Merlin Kowalsky korzysta z okazji i fruuunie nad naszymi głowami, próbując złapać tę sprytną piłeczkę! Moi drodzy, ale co się dzieje, co tam się dzieje. Soul przy kaflu, podaje do Herpera, Maxwell szarżuje na niego, ale Herper oddaje kafla Soul. Soul przymierza się do strzału i… Potter obronił! Obronił! Tak!
            Shila podskoczyła wraz z resztą Gryfonów, a zaraz potem wyszukała wzrokiem Rose. Nie wyglądało to dobrze.

*

            - I co, Weasley, nie jesteś już taka cwana?! – zawołał do niej Rich, uderzając pałką w tłuczek, który przeleciał szybko obok jej głowy.
            - Nie ciesz się tak, Rich, i tak my wygramy mecz! – odkrzyknęła, zabierając nogi, bo drugi pałkarz, Cast, wycelował tłuczkiem właśnie tam.
            - Bez ciebie nic nie zrobią, a ty jesteś zdana na nas!
            Weasley stęknęła, niemal kładąc się na miotle, by uniknąć uderzenia. Odleciała kawałek, ale na nic się to zdało, gdyż polecieli za nią.
            -Nie byłbym taki pewny! – krzyknął Albus Potter, pojawiając się obok niej i wybijając tłuczek daleko poza boisko. Z drugiej strony Rose nadleciał Klemens.
            - Dzięki chłopaki – powiedziała.
            - Leć i złap tego cholernego znicza – stwierdził Halley, uśmiechając się szyderczo do Richa. Pałkarze Krukonów zawarczeli jak wściekłe psy i odlecieli, a Rose pochyliła się do przodu i wystrzeliła w kierunku Merlina. Szukający Ravenclawu znalazł znicz, ale wciąż brakowało mu dobrych trzech metrów, aby go dogonić. Weasley obserwowała migający złoty błysk. W pewnym momencie piłka zmieniła kierunek lotu w górę. Gryfonka zadarła trzon miotły i poleciała za nim, zostawiając daleko z tyłu Merlina.

*

            - Glenn trzyma kafla, podaje do Levitta. Herper próbuje mu go odebrać, ale Levitt robi unik. Leci dalej, wymija Soula, który szarżuje na niego, podaje do Maxwella, Maxwell znów do Levitta. Strzela i… trafił! Tak! 10 punktów dla Gryffindoru!
            - Tak trzymać, chłopaki! – darła się Lily, skacząc z radości wraz z resztą kibiców gryfońskiej drużyny.
            - Weasley znalazła znicz! Pruje powietrze, chcąc złapać go jak najszybciej! Kawałek za nią leci Kowalsky, próbuje ją dogonić, ale nie jest tak szybki. Przypomnę wam tylko, że stara Kometa, którą dosiada Kowalsky nijak ma się do najnowszej generacji Błyskawicy Weasley.
            - Dalej Rose! Pokaż im! Tak! Dalej!

*

            Rose leciała właśnie kilka metrów nad ziemią, wzdłuż długiej ściany boiska, ścigając znicz, kiedy ni stąd ni zowąd, usłyszała z prawej strony świst powietrza i kątem oka zauważyła niebiesko-brązową szatę. Jakiś zawodnik Ravenclawu leciał wprost na nią, prostopadle do jej miotły. Zdążyła jedynie zadrzeć trzonek do góry, jednak nim miotła odleciała, Weasley została z niej zrzucona. Z głuchym jękiem, czując silne ramiona trzymające jej szatę, upadła na murawę. Rozdzielili się z napastnikiem, ale słyszała jego stęknięcia, kiedy – podobnie jak ona – zrobił na ziemi kilka bolesnych fikołków.
            Leżała chwilę na plecach, próbując ocenić, czy niczego nie złamała.
            - Weasley leży na ziemi! Louis Rich powalił ją, rozłożył na łopatki! Dziwna taktyka, ale na pewno skutecznie ją tym spowolnił.
            Rose zamrugała oczami, przewracając się na bok i biorąc głęboki wdech. Bolały ją żebra, ale chyba nie były złamane. Skrzywiła się, powracając z powrotem na plecy. Rich, pomyślała zrzędliwie.
            - Weasley, nie pozwolę ci złapać znicza – powiedział. Wygięła głowę i spojrzała na niego. Widziała go „do góry nogami”, bo wciąż trudno jej było się podnieść po tym upadku, ale wyraźnie dostrzegła, że klęczał, trzymając się za prawe ramię.
            - Nie uda ci się to – odparła. Przewróciła się na brzuch, jęcząc cicho z bólu i również uklękła. Louis podniósł się już i, lekko się zataczając, podchodził do niej.
            - Mogę cię zatrzymać dopóki Merlin nie zakończy gry – stwierdził, stając nad nią.
            - Akurat! Merlin nigdy nie złapie znicza, jest na to za tępy, za wolny i mogłabym się założyć, że jest również ślepy – powiedziała odważnie, oddychając krótko i urywanie. Niezgrabnie wstała i zatoczyła się. – A teraz zejdź mi z drogi, mam robotę. – Ruszyła z miejsca, odnajdując wzrokiem swoją Błyskawicę, leżącą niedaleko. Rich jednak wcale się nie przesunął. Zastąpił jej drogę. Spróbowała go wyminąć, ale podążył zaraz za nią. Po kilku razach Weasley zaklęła cicho, zatrzymując się.
            - I co, chcesz bawić się w kotka i myszkę? – zapytała. – Odsuń się, Rich – powiedziała ostro.
            - Jeśli to ty będziesz myszką, czemu nie. – Rich wzruszył ramionami.
            - Merlin znowu ściga znicz! Weasley, przestań flirtować i wskakuj na miotłę!
            - Zamknij się, Flint! – wrzasnęła, napierając na Richa. Odepchnął ją, a ona przewróciła się na plecy.
            - Chyba jednak tym razem to ślepy Merlin złapie znicz – powiedział. Rose już wcześniej zauważyła jego miotłę, leżącą bliżej niej, dlatego bez zastanowienia sięgnęła po nią i przywaliła Louisowi prosto w twarz. Szkolna Kometa, na której latał, miała rozszczepione gałązki, więc nieco poharatała mu policzki. Zatoczył się i odsunął. Weasley w tym czasie szybko się podniosła.
            - Uważaj z kim zadzierasz, Rich. Ja też umiem być kotkiem – warknęła, odchodząc w kierunku swojej miotły. Cały czas trzymała jego Kometę w rękach. Była pewna, że zadrapała mu oko, więc tak szybko się nie otrząśnie, chciała jednak wyeliminować go do końca gry. Przerzuciła nogę przez trzonek Błyskawicy i odepchnęła się od podłogi. Poleciała w górę, zatrzymując się przy trybunach z gryfońskimi kibicami i podała Kometę Shili. – Dopilnuj, żeby jej nie dostał – powiedziała, a kiedy tylko oddała miotłę, przyspieszyła i poleciała w stronę Merlina. Dość szybko się z nim zrównała.
            - Hej, Merlin! Następnym razem sam mi się postaw i nie nasyłaj na mnie swoich osiłków! – krzyknęła. Pomachała mu i prześcignęła. Skręciła ostro w prawo za zniczem i wyciągnęła przed siebie rękę. Został jej jeszcze kawałek. Słyszała świst powietrza w uszach, mrużyła oczy przed wiatrem. Czuła już delikatne muśnięcia skrzydełek na palcach. Zacisnęła mocno dłoń.
            - Weasley złapała znicz! 150 punktów dla Gryffindoru! Mecz kończy się z wynikiem dwustu dziesięciu dla Gryffindoru i osiemdziesięciu dla Ravenclawu. Koniec gry! Zwyciężyli Gryfoni! Tak! Tak!

*

            - Hura! Hura! – Trybuna Gryffindoru wybuchła okrzykiem radości, kiedy na koncie ich drużyny pojawiło się kolejne zwycięstwo. Shila z wrażenia wypuściła z dłoni transparent, który powoli osunął się wzdłuż wieżyczki. Podskakując i piszcząc przytuliła się do Lily, która krzyczała równie głośno.
            - Shi! – Rose pojawiła się tuż przy nich. Gryfoni zaraz zaczęli jej gratulować i krzyczeć coś do niej niezrozumiale. – Daj mi tę miotłę! – krzyknęła, starając się zagłuszyć hałas na trybunach. Ishihara kiwnęła głową i schyliła się, aby podnieść z podłogi Kometę. Podała ją Weasley, a ta podziękowała i odleciała.
            Wylądowała na środku boiska i podeszła do Richa, który wciąż trzymał się za obolałą twarz. Spojrzał na nią między palcami. Za jego plecami pojawili się inni z jego drużyny, taksując ją wzrokiem. Patrzyła na nich odważnie, unosząc lekko podbródek do góry.
            - Zapłacisz mi za to, Weasley – wysyczał Rich.
            - Serio? Coś mi się nie wydaje, Rich – odparła. Podeszła do niego i oddała mu miotłę. – Lepiej znajdźcie sobie lepszego szukającego – spojrzała na Merlina – Mniej zachodu z eliminowaniem innych graczy – dodała mściwie, odchodząc do swojej drużyny.
            Wcale nie wyglądali lepiej. Albus i Klemens mieli podbite oczy, a Glenn miał chyba złamaną rękę, bo zwisała mu pod dziwnym kątem.
            - Ostro było, co? – zagadnęła.
            - Chcieli mieć drugie zwycięstwo. Wtedy byłyby dogrywki, bo ze Slytherinem na pewno przegrają. Ale dzięki tobie, najdroższa – powiedział Jackson, podchodząc do niej i otaczając ją ramieniem – mogą pocałować nas w tyłki – dodał.
            Zaśmiali się wszyscy, ale zaraz przerodziło się to w jęki boleści. Rose oparła się o Jacksona.
            - Uhm… muszę iść do pielęgniarki po jakieś ziółka – powiedziała, łapiąc się za żebra. – Głupek Rich zrzucił mnie z miotły…

*

„Ach, jak od wszystkich świateł jaśniej płonie!
Piękność jej wisi na ciemności łonie,
Jak perła droga w uszach Etiopa;
Dla biednej ziemi zbyt kosztowne lice!
W kole rówiennic unosi ją stopa,
Jak w stadzie kruków białą gołębicę.” 5

            Shila nerwowym ruchem schowała kopertę do kieszeni. Miała już dość tych tajemniczych wiadomości, chciała się w końcu dowiedzieć, kim jest nadawca. Schyliła się i wyjęła spod łóżka skrzynkę. Wyciągnęła z niej wszystkie listy, które dotychczas otrzymała i wstała z zamiarem zejścia do Pokoju Wspólnego. Chciała zmusić przyjaciół, aby pomogli jej w odnalezieniu tajemniczego wielbiciela.
            - O, Shila… co tam? – zapytała Lily, grająca w gargulce z Hugo. Albus siedział obok i obserwował rozgrywkę, czekając na swoją kolej. Rose zajęła miejsce na krześle nieopodal i pisała jakieś wypracowanie.
            - Musicie mi pomóc – powiedziała Ishihara, kładąc koperty na planszy do gargulców. – Od dwóch tygodni dostaję listy i nie wiem od kogo.
            - Uu… Shila ma tajemniczego wielbiciela! – zawołał Hugo, śmiejąc się pod nosem. Potter sięgnął po pierwszą kopertę i wyjął z niej liścik.
            - I co cię tak cieszy? To nie jest zabawne.
            - Daj spokój, to miło, że ktoś cię lubi – powiedział Albus.
            - Tak, gdybym jeszcze wiedziała kto, może bym się ucieszyła – odparła kąśliwie, krzyżując ramiona na piersi. Hugo wyjął inny liścik i przeczytał na głos:

Gdyby te gwiazdy świeciły w jej czole,
Jasne jej lica ich blask by zgasiły,
Jak dzień blask lampy, oczy jej na niebie
Taką by strugę światłości rozlały,
Żeby się ptactwo zbudziło, jak we dnie… 2

- Patrz, patrz, jak lica oparła na dłoni! Czemuż nie jestem, czemuż rękawiczką, By lic tych dotknąć! 2
Wszyscy spojrzeli na Rose, która odłożyła pióro i obróciła się w ich stronę. Hugo zerknął na karteczkę, którą trzymał w dłoni.
- Tak, zgadza się – powiedział. Ruda uniosła do góry brew.
- To Romeo i Julia. Nie wierzę, że nie rozpoznaliście od razu – stwierdziła.
- A ja nie wierzę, że znasz to na pamięć – odgryzł się Hugo, poprawiając się na pufie. Rose spojrzała na niego z politowaniem.
- Co tam jeszcze jest? – spytała, opierając łokcie o kolana. Lily przeczytała kawałek, następnie Albus przeczytał swoje. – Wszystkie te listy to wypowiedzi Romea.
- Och, jakie to romantyczne! – zawołała Lily, przyciskając do piersi jedną z kopert, jakby co najmniej należały do niej.
- Raczej straszne. Zapomniałaś, że na końcu oboje popełnili samobójstwo? – zapytała Weasley. Cała czwórka spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- Rose Weasley, morderca wszelkiego romantyzmu – zakpił Hugo. Jego siostra jedynie prychnęła, zwracając oczy ku przyjaciółce.
- Nie masz pomysłu, kto może je wysyłać? – zapytała
- Nie prosiłabym o pomoc, gdybym wiedziała – powiedziała, zgarniając koperty i układając je w równy stosik.
- Może idź do biblioteki i zapytaj kto ostatnio wypożyczył Shakespeare’a – zaproponował Albus.
- To dobry pomysł – stwierdziła Rose.
- A po co ci to w ogóle wiedzieć? Czy zabawa w tajemniczego wielbiciela nie polega na tym, że pozostaje on tajemniczy? – zapytał Hugo, ustawiając na nowo figurki, które rozsypały się po tym, jak Shila położyła na nich listy.
- Można wysłać dwa, góra trzy listy, ale po dwudziestu robi się niezręcznie. Chce się umówić na kawę, po prostu – odparła.
- Potrzebuje randki, dawno żadnej nie miała – uzupełnił Albus, za co oberwał od Shili w tył głowy.
- A ty jesteś randkowym bogiem – odcięła się. Potterowi mina zrzedła, a przyjaciele wybuchli smiechem.

~~

Wszystkie fragmenty z Romea i Julii w przekładzie Leona Ulricha; są to tylko kwestie Romea.
1 Romeo i Julia, akt pierwszy, scena I
2 Romeo i Julia, akt drugi, scena II
3 Q-Py-Blok - czekolada wywołująca zatwardzenie. Jeden z genialnych pomysłów bliźniaków Weasley.
4 Romeo i Julia, akt pierwszy, scena V.