5 lipca 2014

50. Zielony

Obudziła się nad ranem, całkowicie wyspana. Nie widząc sensu w przewracaniu się z boku na bok, czekając na budzik, wstała. Przebrała się w świeże ubrania, przemyła twarz zimną wodą. Postanowiła zejść do Pokoju Wspólnego, przetłumaczyć kilka kolejnych stron z jej zadania na runy. Bathsheda miała wrócić za kilka dni i Rose liczyła, że profesor wystawi jej dodatkową ocenę, gdy zobaczy ile pracy włożyła w to tłumaczenie.
Pokój Wspólny tonął w ciszy. Półmrok powoli rozstępował się przed światłem porannym. Nie od razu zauważyła postać siedzącą w fotelu przed zimnym kominkiem. Kiedy wreszcie go dostrzegła, podskoczyła ze strachu, piszcząc krótko.
- Matko, Albus! Wystraszyłeś mnie – powiedziała, przyciskając rękę do piersi. Jej serce szalało chwilę.
- Przepraszam – odparł bardzo cicho, nie odwracając wzroku od pustego paleniska.
Rose podeszła bliżej i usiadła na oparciu fotela, spoglądając na kuzyna. Wyglądał jakby zjadł żabę. Jego twarz poszarzała, a pod oczami widniały brązowawe sińce. Gdyby nie znała go lepiej pomyślałaby, że płakał. Cóż, może jednak nie znam go tak dobrze, jak mi się wydaje.
- Wszystko w porządku? – spytała, przyglądając się mu. Nie doczekała się jednak żadnej reakcji. – Spałeś w ogóle?
- Nie jestem śpiący – stwierdził.
- Z pewnością – zironizowała. Potarła wolną dłonią dżinsy. – Co się stało?
- Jak zrozumieć dziewczynę? – spytał nagle, odwracając twarz w jej stronę. Uniosła do góry brwi, zaskoczona.
- E… trudne pyta…
- Chciałem dobrze. Powiedziałem jej, co czuję, a ona teraz ma mnie za świra – przerwał jej. Rose odsunęła się lekko, ponieważ machnął ręką tak zamaszyście, że prawie wybił jej zęby.
- Kto? Julia? – spytała.
- Naprawdę ją lubię… A ona tego nie widzi i biega za tym Brandonem jak pie… - opamiętał się w ostatniej chwili, nie kończąc zdania. Wziął głęboki oddech i jeszcze raz spojrzał na Rose. – Co nią kieruje?
Ruda przyglądała się jego rozszerzonym oczom, błyszczącym w ciemności. Nie była pewna, czy był to wynik zmęczenia czy łez. Zabolało ją serce, widząc jego cierpienie. Naprawdę chciałaby mu pomóc, ale co mogła odpowiedzieć? Nie znała Julii, ani jej relacji z Albusem czy Brandonem.  
- Rose… jesteś dziewczyną, jak… powiedz jak dziewczyny myślą?
- E.. Al, wydaje mi się, że to nie takie proste – odpowiedziała zszokowana.
- Zauważyłem – stwierdził, odwracając się do kominka.
- Naprawdę mi przykro, Al. Jeśli mogę ci jakoś pomóc…
- Nie możesz. Idę spać – powiedział Potter, wstając. Wymijając ją bez żadnego słowa, wrócił do swojego dormitorium. Rose nie widziała go już przez cały dzień.

~*~

Hermiona westchnęła, odkładając na blat stołu akta. Właśnie zakończyli w Departamencie ciężką sprawę nielegalnego sprzedawania smoczych jaj, i mimo że powinna się cieszyć z sukcesu, była przybita. Ron wyjechał na kilka dni do Londynu, by dopilnować spraw w sklepie, a od dzieci już dawno nie miała żadnej wiadomości. Siedziała w domu sama, a jej jedynym towarzyszem był stary Krzywołap, wyciągnięty we wnęce za kominkiem. Już od kilku dni tam przebywał, w tym czasie wyraźnie schudł i osłabł. Niegdyś gęsta sierść, wypadała garściami. Prawie w ogóle się nie ruszał, a jeśli już zmusił się do wstania, chwiał się na wątłych nogach. Nawet nie zareagował, kiedy zawołała go na kolację poprzedniego wieczora.
Kobieta wstała, podeszła do zwierzęcia. Kucnąwszy, podrapała go za uszami.
- Cześć, wielkoludzie – powiedziała łagodnie. Kuguchar zmrużył powieki. – Nie chciałbyś wyjść trochę na zewnątrz? – spytała, głaszcząc pupila po szyi. Delikatnie chwyciła go i uniosła do góry. Poczuła, że resztki jego sierści były mocno splątane. Krzywołap zamruczał krótko, kiedy znalazł się w jej ramionach.
Wyszła z nim przed dom, siadając na bujance, którą Ron zawiesił kilka lat temu na tarasie na życzenie Rose. Uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie tamten dzień. Jej mąż sporo się napocił, chcąc zrobić to poprawnie.
Ułożyła Krzywołapa na kolanach i odepchnęła się lekko nogami. Ławka zabujała się krótko.
Hermiona przyglądała się kwiatom, rosnącym w ogrodzie. Uwielbiała je, tworzyły wokół niesamowitą atmosferę. Jakby ktoś obsypał jej podwórko tęczowym pyłem. Dokoła było tyle kolorów, że nie była nawet pewna, czy potrafiłaby je wszystkie nazwać. Pszczoły pracowały ciężko, zbierając pyłek, a ptaki znajdowały schronienie w koronach drzew. Hermiona uśmiechnęła się, jej życie było z grubsza takie, jakie zawsze chciała wieść. Gdyby tylko Ron był teraz przy niej.
- Dzień dobry, pani Weasley – powiedział Rufus Plot, który szedł drogą. Zatrzymał się przy białym płocie i uśmiechnął do niej.
- Witaj, Rufusie – odparła z uśmiechem.
Rufus Plot miał trzydzieści pięć lat i mieszkał w starym domu na końcu ulicy. Wprowadził się do niego niecałe pół roku temu i od razu w miasteczku pojawiły się przypuszczenia o powodzie jego przeprowadzki. Był częstym tematem rozmów wszystkich gospodyń, głównie dlatego, że należał do tych przystojnych mężczyzn z ciemnymi włosami i kilkudniowym zarostem, a w dodatku był singlem. Wszystkie panie zastanawiały się, jakim cudem udało mu się wywinąć od ożenku, ale żadnej nie udało się tej informacji zdobyć.
Tylko Hermionę nie interesowały te sprawy. Nie miała czasu na ploteczki, a poza tym wyznawała zasadę, by nie ingerować w cudze życie. I choć Ginny często wypytywała ją o przystojnego sąsiada, Weasley była w stanie powiedzieć tylko tyle, co sama zasłyszała w sklepie.
I przez kilka tygodni tak właśnie było: nie interesowała się nowym sąsiadem. Dopóki którejś niedzieli, kiedy podobne jak teraz siedziała na tarasie, Rufus Plot zatrzymał się przy jej płocie i zwrócił do niej po imieniu.
- Robisz remont? – spytała, spoglądając na białą farbę, którą niósł w lewej dłoni.
- Próbuję doprowadzić dom do stanu używalności – odpowiedział z uśmiechem. W jego policzkach pojawiły się słodkie dołeczki, nadające jego twarzy dziecięcego wyglądu. Ciemne oczy błyszczały radośnie w słońcu. Cienka, zielona koszulka przylepiła się od potu do jego ciała. Hermiona z początku nie zwróciła na to uwagi.
- Twój dom wygląda w porządku – powiedziała, głaszcząc Krzywołapa po grzbiecie.
- Staruszek z niego – stwierdził Rufus, wskazując palcem zwierzaka na jej kolanach.
Dopiero wtedy Hermiona zauważyła opalone, silne ramiona. Tylko przez moment pomyślała o tym, że chciałaby ich dotknąć. Zaraz jednak ugryzła się w dolną wargę, by przywrócić się do porządku.
- Ma już swoje lata – odpowiedziała.
Zapadła cisza. Rufus rozejrzał się i, dostrzegając panią Aniseed, siedzącą w oknie w domu po drugiej stronie ulicy, powiedział:
- Powinienem już iść.
- Do widzenia, Rufusie. – Hermiona uśmiechnęła się.
- Do widzenia, pani Weasley.
Mężczyzna odszedł, a Hermiona zerknęła w stronę domu pani Aniseed. Uśmiechnęła się do kobiety, która nie kryła się z tym, że ich obserwowała. Pewnie czekała na jakąś sensację, którą mogłaby się podzielić ze swoimi koleżankami.
- Dzień dobry, pani Aniseed! – zawołała. Staruszka drgnęła i zasłoniła okno. Hermiona jednak wiedziała, że kobieta wciąż tam jest i obserwuje ją.
Wstała z bujanki i weszła do domu, niosąc ze sobą Krzywołapa. Odłożyła go tam, gdzie spędzał ostatnio całe dni i podeszła do stołu. Chwyciła pergamin i pióro, usiadła i zaczęła pisać list.

Kochana Rose…

~*~

- Sowia poczta! – wrzasnął ktoś, kiedy setki sów wleciało do Wielkiej Sali przez otwarte okna. Rose podniosła głowę znad talerza z jajecznicą, obserwując ptaki. Kilka z nich wirowało pod sufitem, powoli obniżając lot, inne pędziły do swoich właścicieli z zawrotną prędkością. Lecz tylko jedna zainteresowała Rudą.
- Uwaga! – zawołała Weasley, chowając się pod stół, kiedy puchacz ojca, Joel, wleciał w dzban z sokiem żurawinowym. Był młody i jeszcze niedoświadczony, dlatego zdarzało mu się źle ocenić odległość od celu.
Uczniowie siedzący nieopodal Rose wrzasnęli.
- Co do…? Rose! – krzyknął ktoś. Spojrzała na znajomych przepraszająco. Wszyscy byli mokrzy. – Wiesz, jak trudno zmyć sok żurawinowy?
- Przepraszam – powiedziała tylko, pochylając się nad stołem i odwiązując od nóżki Joela dwie koperty. Jedna z nich była zaadresowana do niej, druga – do Hugona. Wśród niezadowolonych jęków kolegów, usiadła na swoim miejscu, otwierając list. Joel w tym czasie otrzepał się, ponownie ochlapując wszystkich sokiem, po czym odleciał, jakby nic się nie stało.
- Od kogo to? – spytał Hugo, który pojawił się chwilę później.
- Od mamy. Masz, jedna jest dla ciebie – odpowiedziała, podając mu białą kopertę. Brat usiadł obok niej.
- Widziałeś Albusa? – spytała. Pokręcił głową.
- Od soboty nie – oznajmił Hugo, niedbale rozrywając kopertę.
Rose poklepała go po ramieniu, wstając i odchodząc. Zamierzała odpisać mamie, ostatnio nie miała do tego głowy. Matka musiała poczuć się zaniedbywana, bo choć nie napisała tego wprost, jej list był smutny.
- Nie podziękujesz mi? – usłyszała, kiedy tylko przekroczyła próg Wielkiej Sali. Zatrzymała się w pół kroku, wywracając oczami młynka nim odwróciła się w stronę Scorpiusa Malfoya.
Stał niedaleko, opierając się o ścianę, ze skrzyżowanymi ramionami. Spoglądał na nią, mając lekko pochyloną głowę. Uśmiechał się półgębkiem.
- Niby za co? – spytała.
- Za połączenie cię z twoją drugą połówką – zironizował. Przyjrzała się mu, nie bardzo wiedząc o czym mówił. Dopiero po chwili zrozumiała, że nawiązywał do jej „randki” z Miltonem. Postanowiła zagrać w jego grę.
- Och! Faktycznie, powinnam ci podziękować – powiedziała radośnie, uśmiechając się przemiło. Podeszła do niego i klepnęła go w ramię, jakby byli najlepszymi przyjaciółmi. – Dziękuję, Scorpiusie.
Musiała ugryźć się w język, żeby nie wybuchnąć śmiechem, widząc jego zaskoczoną minę.
- Naprawdę świetnie się bawiłam. Milton chyba też… nie narzekał – mówiła dalej, rozpromieniona. – I wszystko dzięki tobie! Nie sądziłam, że to potrafisz, ale teraz myślę, że czeka cię świetlana przyszłość… w swataniu ludzi.
Malfoy poczerwieniał, a Weasley wyśmienicie się bawiła.
- Chyba to powtórzymy…
- Wystarczy – powiedział nagle, podnosząc do góry dłoń. Umilkła, spoglądając na niego z uśmiechem. – Wyraziłaś się jasno – stwierdził.
- Jesteś pewien? Mogę ci jeszcze poopowiadać…
- Nie.
Wzruszyła ramionami.
- Jak chcesz.
Malfoy, czerwony ze złości, oderwał się od ściany. Chciał odejść, ale chwyciła go za ramię. Uniósł do góry brew, tego się po niej nie spodziewał. Przysunęła się i wspięła na palce, by wyszeptać do jego ucha:
- Coraz lepiej rozumiem zasady twojej gry, Malfoy.
Poczuł jej ciepły oddech, który połaskotał go po karku. Spojrzał na nią, a jej twarz znalazła się niebezpiecznie blisko jego. Uśmiechnęła się ironicznie i, mrugając zadziornie, odeszła w swoją stronę.

Stworzyłem potwora?

~*~

Rose szła właśnie do sowiarni, kiedy przechodząc przez Pokój Wspólny zauważyła Albusa, siedzącego przed zimnym kominkiem. Rozejrzała się dookoła, inni uczniowie nie zwracali na niego uwagi, a życie Hogwartu toczyło się jakby obok niego. On również nie wykazywał zainteresowania tym, co działo się wokół niego. Po prostu siedział w starym fotelu, obserwując ciemne palenisko, nawet nie mrugając.
- Al? – zagadnęła, podchodząc bliżej. Położyła dłoń na oparciu fotela i nachyliła się lekko, spoglądając na kamienną twarz kuzyna. Nie dał nawet znaku, że ją zauważył. – Wszystko w porządku? – spytała.
- Tak – odparł spokojnie.
Przeraziła ją ta odpowiedź i sposób, w jaki poruszył ustami. Zrobił to tak, że nie drgnął żaden miesień nie należący do tych, które odpowiadały za wydawanie dźwięków. Rose zmarszczyła na krótko czoło, bojąc się zastygłej w bezruchu postaci.
- Na pewno? Dlaczego siedzisz tutaj sam? Hugo gra w gargulce, nie chcesz się do niego przyłączyć? – zapytała.
Spojrzał na nią, a jej ulżyło. Najwyraźniej przerażający bezruch był tylko wytworem jej wyobraźni. Albus przyglądał się jej zielonymi tęczówkami, a potem zerknął na młodego Weasleya. Wykrzywił się.
- Nie chce mi się grać w gargulce – powiedział.
- Dobrze – stwierdziła, siadając na fotelu obok. – To może zagrajcie w szachy? Nie możesz tutaj tak siedzieć całymi dniami – wyjaśniła.
Wzruszył ramionami.
- Nie mam ochoty w nic grać.
- Okej. To może odrób pracę domową – zaproponowała, wyprostowując plecy.
Spojrzał na nią z przymrużonymi powiekami, uśmiechając się półgębkiem.
- Dobrze, wywołałam jakiś uśmiech… - szepnęła, pocierając dłońmi o dżinsy. – Słuchaj… Rozumiem, serio. Julia odrzuciła twoje… zaloty – zmarszczyła brwi, a Albus roześmiał się krótko. – Ale świat się nie zawalił. Na pewno ucierpiała twoja duma, ale daj spokój… Nie ona jedna jest na świecie… ani nawet nie jedna w tej szkole. Na pewno znajdziesz kogoś, kto cię doceni. Wierz mi.
- Wiesz co… masz rację – powiedział Albus, uderzając dłońmi w podłokietniki. Wstał
- No pewnie, że mam… Czekaj… mam? – zapytała z niedowierzaniem, wstając ze swojego miejsca. Obróciła się, spoglądając na niego. – Tak po prostu?
- Tak po prostu – odparł, po czym podszedł do grupki dziewcząt, oglądających w kącie obrazki w Czarownicy.
Rose zmarszczyła brwi. Szybko poszło… Przyjrzała się jeszcze kuzynowi. Posłał jej tajemnicze spojrzenie, przez które włoski na karku stanęły jej dęba. Nie podobało jej się to, ale nic już nie mogła zrobić. Nie wiedziała, jaki pomysł podsunęła Albusowi, ale doszła do wniosku, że przez kilka następnych dni powinna zwrócić na niego uwagę.
Postanowiwszy obserwować kuzyna, obróciła się i poszła wysłać list.

 Słońce oświetlało błonia pomarańczowym światłem. Nadchodzący wieczór wydawał się być spokojny. Większość uczniów wróciła już do zamku, lecz nieliczni wciąż spacerowali wzdłuż jeziora. Powietrze było ciepłe i przesiąknięte zapachem nadchodzącego lata.
W sowiarni panował półmrok. Żerdzie były niemal puste, ptaki wyleciały na nocne łowy. Tylko kilka mniejszych sówek siedziało na swoich miejscach, obracając swoje głowy i wpatrując się w Weasley wielkimi, błyszczącymi oczami.
Rose przywiązywała właśnie list do nóżki Hadesa, kiedy poczuła silny ból głowy. Promieniował od czoła i narastał z każdą sekundą. Przytrzymała się parapetu okna, gdy pociemniało jej przed oczami. Jęknąwszy, osunęła się na podłogę, a spłoszona sowa wyleciała na zewnątrz.
Przyciskając dłonie do skroni, upadła na zabrudzoną ptasimi odchodami posadzkę. Żerdzie, na których siedziały szkolne płomykówki, rozmazywały się. Traciła wzrok, a ból głowy był coraz silniejszy. W końcu stał się nie do wytrzymania. Straciła przytomność, a jej ręce bezwładnie opadły na stertę trocin.

~*~

Scorpius leżał na łóżku, z jedną ręką podłożoną pod głowę. Czytał Proroka Codziennego, gdyż wcześniej nie miał na to czasu. Właśnie miał przewrócić kartkę, kiedy literki zaczęły skakać po papierze, a jego głowa eksplodowała bólem. Syknął cicho, upuszczając gazetę i próbując wstać. Promienisty ból jednak był tak silny, że po chwili stracił wzrok, a kilka sekund później przytomność, opadając miękko na poduszkę.

~*~

Shila przeczesywała właśnie pokój, szukając swojego pióra. Nigdzie nie mogła go znaleźć, choć była pewna, że po lekcjach schowała je do szafki. Przetrząsnęła jednak wszystkie półki, zajrzała w każdy zwój pergaminu, szukała nawet pod poduszką i pod łóżkiem, ale oprócz kilku monet i papierków po cukierkach, niczego nie znalazła.
- No by cię… Gdzie jest… to cholerne… pióro! – warknęła, potrząsając kołdrą z nadzieją, że szukany przedmiot zaplątał się w pościel.
- Hej, Shi… - zawołała Nicole, wpatrując się w coś za plecami Azjatki. Ishihara, nie odwracając się, spytała:
- Co jest?
- Czy to powinno się tak świecić? – zapytała Nicole, pokazując palcem rzecz, na którą spoglądała. Shila przestała przeszukiwać łóżko i podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku.
- O cholercia – mruknęła, przyglądając się kostce Rubika. Czwarta ściana została ułożona i teraz pulsowała zielonym światłem. Ishihara wypuściła kołdrę z rąk, podeszła do szafki, na której leżał sześcian. Nicole stanęła za jej plecami.
- Jest groźna? Może to zły urok? – spytała dziewczyna.
Shila podniosła kostkę.
- Co to jest? – drążyła Nicole.

Do tej pory kostka działała tylko wtedy, kiedy Rose spała… A ponieważ nie ma jej w dormitorium… Może zasnęła w Pokoju Wspólnym? Ale dlaczego mam przeczucie, że coś się stało?

- Nicole, widziałaś Rose? – spytała Shila. Dziewczyna pokręciła głową, nie odrywając wzroku od sześcianu. Shila chwyciła swoją torbę i schowała do niej świecącą kostkę, by nie przykuwała wzroku mijanych uczniów. – Wyświadcz mi przysługę i nie mów o tym nikomu – powiedziała, stojąc w drzwiach. Spojrzała na Nicole, która pokiwała głową. – Idę szukać Rose…
Zeszła do Pokoju Wspólnego, rozglądając się. Nigdzie nie zauważyła znajomej rudości, ale od razu dostrzegła grupkę dziewcząt, stłoczonych wokół Albusa i chichoczących z opowiadanych przez niego dowcipów. Uniosła do góry brew, powstrzymując się od komentarza. Cieszyła się, że mu się poprawiło, ale chyba lekko przesadzał.
Obróciła się i podeszła do Hugo.
- Widziałeś Rose? – spytała.
Młody Weasley przypatrywał się kuzynowi, który nie przejmował się ciekawskimi spojrzeniami i w najlepsze żartował z dziewczynami. Co chwilę przypadkowo dotknął ramienia którejś z nich, a one wtedy chichotały jeszcze bardziej.
- Widzisz to? Co on w ogóle robi? – zapytał rudzielec, jakby kompletnie nie usłyszał pytania Azjatki. – Jeszcze przed chwilą siedział i wpatrywał się w kominek… jak jakiś posąg. A teraz to! – niemal wykrzyknął, wskazując dłońmi Albusa, który flirtował z całą szóstką dziewcząt.
- Jasne… - mruknęła, starając się ignorować Pottera, bawiącego się w Casanovę. – Hugo, skup się. Rose, twoja siostra. Była tu? – spytała ponownie, klepiąc go w ramię.
Spojrzał na nią i kiwnął głową.
- Tak, przed chwilą. Rozmawiała z Albusem i popatrz, co mu zrobiła…
- Gdzie poszła? – przerwała mu, nim zdążył się nakręcić.
- Wysłać list – odpowiedział na odczepkę, wciąż przypatrując się brunetowi, który tym razem całkiem śmiało dotknął policzka blondynki z czwartej klasy. – Nie zrobił tego!
- Przestań tak przeżywać. Gorzej niż baba – mruknęła Shila, kierując się do wyjścia.

~*~

Rose otworzyła oczy, przerażona. Rozejrzała się dookoła siebie, uświadamiając sobie, że znalazła się na środku korytarza przed Wielką Salą. Przez chwilę zastanawiała się, jakim cudem z sowiarni przeniosła się właśnie tam. Odwróciła się z zamiarem odejścia do Wieży Gryffindoru, kiedy jakiś dwunastolatek wszedł na nią. Zamiast się jednak od niej odbić, lub uderzyć ją, przeszedł przez nią, jak przez ducha. Weasley wstrzymała oddech, mając wrażenie, jakby jej organy wewnętrzne na moment zmieniły swoje ułożenie.
- Och – stęknęła, kiedy wszystko wróciło na swoje miejsce. Obejrzała się za siebie, patrząc za oddalającym się chłopakiem. Zachowywał się tak, jakby całkowicie nic nie poczuł. Zrobiła kilka kroków w jego stronę. Podbiegł do swoich przyjaciół.
Weasley zmarszczyła brwi, obserwując ich twarze. Wydawali się jej znajomi, ale nie mogła sobie przypomnieć ich nazwisk. Pokręciła głową uznając, że coś sobie wymyśliła. Pokręciła z niedowierzaniem głową, mając w niej mętlik. Chciała dowiedzieć się, co wydarzyło się w sowiarni. Miała złe przeczucie. Gdy zamierzała się odwrócić, jej wzrok padł na dwie roześmiane osoby, idące w jej kierunku.
- Ja chyba śnię – powiedziała.
Młodsza wersja jej samej oraz młodsza wersja Scorpiusa Malfoya… oni szli ramię w ramię, śmiejąc się na cały głos. Weasley przetarła oczy, obracając się i przypatrując im. To na pewno była ona, w wieku jedenastu lat, zaraz po przyjeździe do Hogwartu. Pamiętała zieloną wstążkę którą wiązała wtedy włosy.
- To się nie wydarzyło – stwierdziła, obserwując dzieciaki, wbiegające do Wielkiej Sali.
- Ale mogło – usłyszała. Wzdrygnęła się, nie oczekiwała odpowiedzi. Odwróciła się, spoglądając na prawdziwego Scorpiusa Malfoya, stojącego przed nią.
Przez chwilę obserwował ich młodsze wersje, po czym przeniósł wzrok na Weasley.
- Nie rozumiem? Co to wszystko znaczy? Jak to… jak to w ogóle możliwe? – zapytała. – Ty i ja… jako dzieci… Tam!
- Pomyśl… Gdybyśmy się wtedy nie pokłócili, pewnie właśnie tak byśmy weszli do Wielkiej Sali – powiedział spokojnie, uśmiechając się ni to z rozbawieniem, ni ironicznie. Bardziej przypominało to grymas pożałowania. Obejrzała się za siebie, mały Scorpius i mała Rose zniknęli wśród uczniów.
- To jakiś obłęd – powiedziała. – Co tu się dzieje?
Ledwie zdążyła dokończyć zdanie, kiedy świat wokół nich zawirował. Obraz rozmył się, tworząc jednokolorową plamę. Rose straciła równowagę i wywróciła się, Scorpius jedynie się zachwiał. Kiedy wszystko się uspokoiło pomógł jej wstać. Oboje otworzyli szeroko oczy ze zdumienia.
- Okej, to jest… o wiele większe niż zwykłe „dziwne” – oznajmiła.
Scorpius jedynie prychnął.
Przypatrywali się swoim młodszym wersjom, mającym lat czternaście, siedzącym w bibliotece. Razem, przy jednym stoliku, rozwiązywali zadania domowe, co chwilę o czymś szepcząc. Ta druga Rose cały czas się uśmiechała, a drugi Scorpius wpatrywał się w nią jak w obrazek.
- Nie mam pojęcia, o co tu chodzi. I jakim cudem znaleźliśmy się razem na tym… pokazie cudów – powiedział Malfoy, podpierając się pod boki.
- To trochę… straszne – wyznała Rose, krzywiąc się. – Czy ty… Ty się ślinisz na mój widok! – wykrzyknęła rozbawiona, wskazując palcem Scorpiusa nieprawdziwego.
- Wcale nie – powiedział Scorpius prawdziwy. – To ON się ślini, nie ja. I nie do ciebie tylko do NIEJ.
- Cóż… on jest tobą, a ona mną, więc technicznie…
- Technicznie się zamknij. Nie mam nic wspólnego z tym dziwadłem – warknął Scorpius. – I już na pewno nie ślinię się na twój widok. To się po prostu nigdy nie wydarzy… Nie z tobą.
- Łał… - mruknęła Rose, przestając się ekscytować. – Z pewnością wiesz, jak zaimponować dziewczynie…
Odwróciła się od niego, przypatrując się ich młodszym wersjom. Zaciekawiona, czy może z nimi porozmawiać, podeszła bliżej. Machnęła ręką przed oczami drugiej Rose, ale ona nawet tego nie zauważyła, wciąż wpatrując się w drugiego Malfoya. Weasley nachyliła się ponad jej ramieniem, zaglądając do książki, którą czytała.
- Obrona Przed Czarną Magią – powiedziała. – Cóż, przynajmniej w tej alternatywnej wersji wciąż jestem sobą… Nie licząc… tego – dodała, machając rękami wokół głów ich młodszych postaci. Skrzywiła się.
- Jakieś pomysły, co to jest? – zapytała, podpierając się pod boki i spoglądając na Scorpiusa.
- Nie – odpowiedział.
- Cóż… Cokolwiek to powoduje, nie podoba mi się. Nie wiem, co ma na celu pokazywanie nam tego wszystkiego. Przecież nie możemy cofnąć czasu i zacząć od nowa. Co się stało to się nie odstane. Nienawidzimy się i pewnie już tak zostanie… - mówiła Weasley, obchodząc stolik dookoła i stając obok Malfoya.
- Zazwyczaj, kiedy działo się coś takiego… układała się jedna ze ścian kostki Rubika – powiedział nagle Malfoy, spoglądając na nią. Ruda ściągnęła brwi, przypatrując mu się.
- Myślisz, że mają z tym coś wspólnego? Czekaj… Ty też masz taką kostkę?
Scorpius nie zdążył odpowiedzieć. Podłoga i ściany znów zaczęły wirować. Rose znów straciła równowagę, tym razem jednak zdążyła uchwycić się jego ramienia. Gdy obraz wrócił do normy, chwyciła się za głowę.
- Zaraz puszczę pawia…
- Zatrzymaj tę myśl – mruknął Malfoy. Podążyła za jego wzrokiem.

- Och, fuj!

~~~~

I oto jest tak długo wyczekiwany 50 odcinek. Dużo dialogów, nieco mniej opisów, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Chyba wyszłam z wprawy, ale obiecuję się poprawić. 
Dziękuję wszystkim, którzy wytrzymali te 2 miesiące rozłąki z Rose i Scorpiusem. Dzisiaj daję Wam ich podwójną dawkę. Mam nadzieję, że rozdział choć trochę przypadnie Wam do gustu. 

Wszystkich, którzy jeszcze nie odwiedzili mnie na FACEBOOKu gorąco zachęcam do polubienia strony. Tam najszybciej możecie się ze mną skontaktować lub dowiedzieć się o nowościach: na LnM lub w Szufladzie. Na bieżąco też informuję, jak idą prace nad kolejnym rozdziałem. 

21 kwietnia 2014

49. Groteskowe lody

Zakręciła wodę i wyszła spod prysznica, stając przed lustrem. Dłonią przejechała po zaparowanej tafli, spoglądając w swoje odbicie. Uśmiechnęła się, ręcznikiem wycierając końcówki włosów. Ubrawszy się w piżamę, odświeżona i rozluźniona wróciła do pokoju. Shila siedziała na swoim łóżku z książką w dłoni, co było tak niezwykłym widokiem, że Weasley na chwilę zastygła w miejscu. Przyjaciółka spojrzała na nią.
- No co? Lily mi to poleciła. Wciągające – powiedziała, wzruszając ramionami. Rose nic nie odpowiedziała, siadając na krawędzi łóżka. Związała mokre włosy gumką, żeby jej nie przeszkadzały i sięgnęła po księgę z runami, którą mieli przetłumaczyć wraz z Malfoyem. Choć odkryli podstęp, Rose postanowiła i tak przebrnąć przez swoją część. Znalazła czysty pergamin i pióro, otworzyła wolumin na ostatnio czytanej stronie i zaczęła wodzić wzrokiem po czarnych znakach. Nic jeszcze dzisiaj nie przetłumaczyła i zamierzała to nadrobić.
Nie docierał jednak do niej sens czytanych runów. Choć widziała wszystko poprawnie i rozpoznawała kształty, jej umysł nie współgrał z odczytywaną treścią. Wciąż wracała myślami do wizyty w Hogsmeade i miny Scorpiusa Malfoya, gdy oznajmiła mu, że świetnie się bawiła. Nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc jak zacisnął usta w wąską linię. Nie do końca wiedziała, co mogło to oznaczać, ale i tak uważała ten obrazek za niezwykle komiczny.
- Tylko mi nie mów, że runy są aż tak zabawne.
Weasley zerknęła na Azjatkę, unosząc do góry brew.
- Co?
- Od jakichś pięciu minut wpatrujesz się w tą samą stronę i uśmiechasz się do niej jak wariatka – powiedziała Shila. Rose zaśmiała się krótko i odwróciła spojrzenie, czym podsyciła tylko ciekawość przyjaciółki.
Ishihara zmarszczyła brwi.
- Czekaj… czy to nie dzisiaj miałaś iść na randkę z Malfoyem? – spytała, przypominając sobie ich rozmowę z przed kilku dni. Rose wybuchła krótkim, szczerym śmiechem, ponownie przypominając sobie całą zaistniałą sytuację. – Nie gadaj! Byłaś z nim na randce?!
Shila zatrzasnęła książką i przesunęła się na łóżku, by być bliżej przyjaciółki. Rose uśmiechała się, kręcąc przecząco głową.
- Więc nie rozumiem… Co cię tak rozbawiło? – spytała Shila, odchylając się lekko.
- Twoja mina – odpowiedziała krótko Rose.
Ishihara naburmuszyła się, lecz tylko na chwilkę. Zaraz uświadomiła sobie coś interesującego.
- Skoro nie byłaś z Malfoyem na randce… to gdzie byłaś przez cały dzień? – spytała.
- Na randce – odparła Ruda.
- No i weź tu gadaj z taką! – zawołała Azjatka, wznosząc dłonie ku niebu. – To w końcu byłaś czy nie?
- Byłam, ale nie z Malfoyem – powiedziała Rose. – Wykiwał mnie, krótko mówiąc. Ale miło było zobaczyć jego minę, gdy to ja utarłam mu nosa.
- Opowiadaj – poprosiła Shila. Rose uśmiechnęła się, usiadła wygodniej i zastanowiła się chwilę.



Perspektywa Rose

Od pół godziny stałam przed szafą, zastanawiając się, co powinnam założyć. Z jednej strony nie chciałam się stroić, bo w końcu wychodziłam z Malfoyem, ale z drugiej, jakby nie patrzeć, szłam na randkę, więc wypadałoby wyglądać przystępnie. Wiedziałam też, że Ślizgon na pewno nie powstrzyma się przed rzuceniem jakiegoś komentarza, dotyczącego mojego wyglądu, a nie chciałam mu dawać powodów do budowania długich i obraźliwych epitetów. Wybór ubioru był więc kluczową sprawą i na tyle trudną, że wydawało mi się to niemal niemożliwe.
Spojrzałam na zegarek, westchnąwszy. Co się ze mną działo? Wcześniej nie zastanawiałam się zbytnio nad tym, co założyć. Nawet jeśli mi się to zdarzyło, to nigdy ze względu na to, co mógłby sobie pomyśleć Malfoy. No bo przecież nie interesowało mnie jego zdanie. Zawsze miał coś do powiedzenia i po pewnym czasie zrobiło się to po prostu nudne. Dlaczego więc teraz nie mogłam się zdecydować, co włożyć? A czasu zostało niewiele, umówiłam się z nim przed bramą o dziesiątej.
 Wzdychając ze zrezygnowaniem, postanowiłam nie przeciągać tego, co nieuniknione. Wiedziałam, że nie ważne co bym na sobie miała, Ślizgon i tak uraczyłby mnie niemiłym komentarzem. Wybrałam więc dżinsy i łososiową bluzkę.
Zobaczyłam go już z daleka. Nie trudno było go dostrzec, gdyż stał z boku, udając, że nie zna ludzi tłoczących się pod bramą niczym stadko wygłodniałych hipogryfów. Jak zwykle pozował na kogoś ważniejszego, lepszego, kto nie powinien zadawać się z gawiedzią.
Prychnęłam cicho pod nosem, wkładając dłonie w kieszenie spodni. Nie podobał mi się pomysł spędzenia z nim choćby dwóch minut, a co dopiero kilku godzin. Jednak było już za późno na żale. Musiałam zapłacić za jego pomoc. Bo przecież nie mógł zrobić czegoś z dobroci serca.

Z dobroci serca! Ha, a to dobre!

- Spóźniłaś się – powiedział na wstępie. No oczywiście.
- Ciebie też nie miło widzieć – burknęłam, w duchu przyznając, że wyglądał przystojnie w czarnej koszulce, którą miał na sobie. Natychmiast skierowałam swoje myśli na inny tor, wyśmiewając cicho jego nieuczesane włosy. Chyba nie wystarczyło mu czasu, żeby coś z nimi zrobić.
- Ze wszystkich kolorów świata musiałaś wybrać akurat łososiowy – mówił, ale nie zwracałam na to uwagi. Byłam skupiona na jego włosach. Sterczały we wszystkich kierunkach i choć bardzo chciałam się z tego naśmiewać, mimowolnie myślałam o tym, że wyglądało to bardzo seksownie. Łobuzersko… Na brodę Merlina, Weasley opanuj się!  

Nienawidzę cię, Malfoy.

Otrząsnęłam się z tego stanu zawieszenia i spojrzałam w jego błękitne oczy.
- Idziemy? – spytałam, chcąc mieć to już za sobą.
- Jeszcze chwila. Podobnie jak ty, twoja randka też lubi się spóźniać – odpowiedział, uśmiechając się ironicznie.
- Moje co? – spytałam zaskoczona.
- Twoja randka, Weasley. Osoba, z którą idziesz na ran…
- Wiem, o co ci chodziło. Tylko myślałam, że… - zawiesiłam głos, marszcząc brwi.
- Że co? Że idziesz ze mną? – zapytał, wybuchając krótkim śmiechem. Spojrzał na mnie rozbawiony, a ja poczułam, że się czerwienię. – Zwariowałaś?
- Gdy powiedziałeś, że twoja pomoc będzie mnie kosztować randkę, założyłam, że z tobą, idioto! Winisz mnie? Nie wnikałeś w szczegóły – burknęłam, czując jak moja twarz płonie. Było mi gorąco.

Oczywiście! Zrobił to specjalnie, żeby zobaczyć, jak zareaguję. Co za… Agr!
Czego się spodziewałaś? Że Scorpius Malfoy zaprosi cię na randkę? Przecież go znasz. To Scorpius Malfoy, on się nie zadaje z takimi jak ty.

Poczułam się oszukana. Dlaczego dokładnie nie powiedział, o co chodziło? Jak zwykle, ze Scorpiusem Malfoyem nic nie może być proste i zrozumiałe. Musiał zgrać nie fair. Musiał mnie ośmieszyć i zobaczyć, jak sobie z tym poradzę. Musiał się napawać swoim kolejnym małym zwycięstwem.
Przełknęłam złość.
- Na kogo czekamy? – spytałam. Miałam nieodparte wrażenie, że Malfoy wyglądał na jeszcze bardziej rozbawionego. Nie wiem, co go tak śmieszyło, ale podejrzewałam, że cokolwiek wymyślił, nie spodoba mi się.
- Na mnie – odpowiedział jakiś cienki głos. Zmarszczyłam czoło, odwracając się. Za mną stał niski chłopiec o pucułowatych policzkach, otoczonych złotymi loczkami. Miał wygląd uroczego aniołka, lecz coś mi podpowiadało, że nie warto było z nim zadzierać. Uniosłam do góry brwi. – Milton Amadeus Theodore William Coleman. Do usług.
Chłopiec ukłonił się lekko, a mnie zatkało. Otworzyłam usta ze zdziwienia, nie będąc w stanie wypowiedzieć choćby słowa. Zerknęłam ponad ramieniem na Malfoya, który z powagą oświadczył:
- Nawet ja nie mam tylu imion.
Odwróciłam się i spojrzałam na Miltona. Mógł mieć może trzynaście lat! Co ten Malfoy znów wymyślił?!
- Ee… cześć… Rose Weasley – powiedziałam, choć moje krótkie przedstawienie się brzmiało idiotycznie przy rozwiniętej wypowiedzi Miltona. – Jesteś…
- Jaki? Młody? Zapewniam cię, że wiek nie ma dla mnie znaczenia – odpowiedział. Wybałuszyłam oczy. Miał gadane. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc zwróciłam się do Malfoya.
- Nie wiem w co ty grasz, ale to już lekka przesada. Kazałeś temu dziecku iść ze mną do Hogsmeade? Odbiło ci? – szepnęłam, nachylając się w jego stronę, żeby lepiej mnie słyszał.
- Do niczego go nie zmuszałem. Sam chciał z tobą wyjść – powiedział Malfoy. Uniosłam do góry obie brwi, zszokowana. – Nie patrz tak na mnie. Załatwił, co chciałaś i zażądał randki.
Spojrzała na Miltona, nie wiedząc, co powinnam zrobić.
- Czy możemy już iść? – spytał chłopiec.

Załatwił, co chciałam? On!?

- E… jasne – powiedziałam, uśmiechając się drętwo. Usłyszałam śmiech Malfoya, a gdy na niego spojrzałam, schylił się w parodii ukłonu.
- Bawcie się dobrze – zaświergolił. Zmierzyłam go wzrokiem. Chciałam wyglądać groźnie, ale po tym, jak Milton wziął mnie pod rękę, zmuszając do zgarbienia się, mogłam o tym zapomnieć.


~*~

Albus spóźnił się pół godziny. Nie dlatego, że zaspał. Wręcz przeciwnie, wstał bardzo wcześnie, obudzony przez ścisk żołądka. Stresował się tym wyjściem i najchętniej zostałby w pokoju cały dzień. Dlatego wszystkie poranne czynności wykonywał bardzo powoli i mozolnie, chcąc jak najbardziej wydłużyć moment, w którym definitywnie musiałby wyjść.
Kiedy nie miał już nic do roboty, a bezczynne siedzenie zaczynało doprowadzać go do szału, ubrał buty i wyszedł.
Julia chodziło w kółko ze zniecierpliwienia, ale powitała go wesołym uśmiechem, gdy tylko się pojawił. Wyłgał się ze swojego spóźnienia prostym: „Zaspałem”, a ona przyjęła to spokojnie, szczęśliwa, że w ogóle przyszedł.
- Al, poznaj Brandona – powiedziała, wskazując otwartą dłonią wysokiego chłopaka, o szerokich ramionach. Blond włosy miał krótko ścięte, a ściągnięte brwi i wydęte usta wskazywały na jego zdenerwowanie. Nie podobało mu się, że musieli czekać.
Potter wyciągnął dłoń z kieszeni dżinsów. Chłopak uścisnął ją nieco za mocno, jak na przyjazne powitanie. Albus zmrużył powieki, wytrzymując ostre spojrzenie Brandona. Już wiedział, że popełnił błąd, zgadzając się na wspólny wypad do Hogsmeade.

To będzie ciężki dzień.

Julia natomiast wyglądała, jakby spełniło się jej największe marzenie. Uśmiechała się szeroko, a jej oczy niemal świeciły szczęściem. Stanęła pomiędzy nimi i, ku ich niezadowoleniu, pochwyciła ich pod łokcie, ciągnąc w stronę bramy.
- Będzie zabawa! – powiedziała.

Na pewno.

Albus nie chciał psuć jej dobrego humoru, dlatego nie odezwał się słowem. Brandon pewnie myślał podobnie, bo też milczał, zaciskając usta w wąską kreskę.
Patrząc na roześmianą Julię, pełną nadziei, budziło się w nim ciepło. Jej brązowe włosy podskakiwały w rytm jej kroków, okalając delikatną twarz, a zdrowy rumieniec dodawał jej dziecięcego uroku. Uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, że dla niej jest w stanie wytrzymać towarzystwo Brandona.

~*~

Perspektywa Rose

Siedzieliśmy w kawiarni, otoczeni zapachem świeżo zmielonej kawy. Dwie przyjaciółki, siedzące niedaleko nas zajadały się sernikiem, a starszy pan, zajmujący miejsce w rogu, czytał książkę, pijąc gorącą czekoladę. O dziwo Milton sam wybrał to miejsce, co było dla mnie całkowicie nie zrozumiałe. Zdążyłam się już dowiedzieć, że miał 12 lat i należał do Slytherinu, dlatego spodziewałam się, że zabierze mnie do Magicznych dowcipów. Najwyraźniej jednak chłopca nie interesowały figle i zabawa.

Albo próbuje mi zaimponować, jaki to jest dorosły.

Było dość niezręcznie. Nie bardzo wiedziałam, o czym mogłabym z nim rozmawiać. Cały czas zastanawiał mnie fakt, że w ogóle chciał gdzieś ze mną wyjść. Wydawało mi się to niemożliwe i chyba lepiej przyjęłabym wiadomość, że został do tego zmuszony przez Malfoya. Ale nic nie wskazywało na to, żeby starszy Ślizgon mu groził, bo Milton wyglądał na autentycznie zadowolonego z mojej obecności. Puścił nawet do mnie oczko!
- Wiesz już, co byś chciała? – spytała, przeglądając swoje menu. Uniosła do góry brwi, zdziwiona jego poważnym tonem i zastanowiłam się chwilkę.
- Myślę, że czekolada będzie dobrym pomysłem – powiedziałam. Kiwnął głową i spojrzał w bok, gdzie akurat za szybą przebiegała grupka chłopaków w jego wieku. Podążyłam za jego wzrokiem, przez chwilę obserwując jak dzieciaki wbiegają do sklepu mojego wujka, śmiejąc się.
Niezręczność całej sytuacji stawała się nieznośna, więc rozejrzałam się za kelnerką. Kiedy przyszła, Milton wciąż wpatrywał się w widoki za oknem. Wydawało mi się, że dosłownie przez sekundę na jego twarzy pojawił się lekki zawód.

Chyba jednak nie do końca tak chciałby spędzić ten dzień.

Uśmiechnęłam się do pulchnej kobietki, ubranej w biały fartuszek.
- Co podać? – spytała wesoło.
Zerknęłam na Miltona, który odwrócił się szybko od szyby, jakby właśnie uświadomił sobie, że wpadł w zamyślenie. Pomyślałam, że może i sam wpadł na pomysł tej całej „randki”, ale – choć świetnie udawał, że nie interesują go zabawy – wciąż był dwunastoletnim chłopcem. Postanowiłam więc, że trzeba przejąć kontrolę nad sytuacją i skierować ją na przyjemniejsze dla niego tory, bo sam by tego nie zrobił.
- Poprosimy największą porcję lodów, jaką macie – powiedziałam z uśmiechem. Otworzył szeroko oczy, spoglądając na mnie.
- Jakie smaki? – spytała kelnerka.
- Wszystkie – wyrwał się Milton ochoczo. Chyba perspektywa ogromnej góry lodów podziałała na niego ożywczo. Kiwnęłam głową, a kelnerka zanotowała wszystko w swoim kajecie i odeszła.
Wróciła kilka minut później, niosąc wielką, kryształową misę, wypełnioną po brzegi gałkami lodów. Widziałam zielone o smaku pistacji, różowe truskawkowe, niebieskie miętowe, białe śmietankowe, brązowe czekoladowe i wiele innych, których smaków nie znałam. Wszystko to obsypane wiórkami kokosowymi i płatkami ciasteczek. Gdzieniegdzie powciskane zostały jeszcze słone krakersy i słodkie cukierki. Dwie srebrne łyżeczki wystawały z boków misy.

Istna bomba cukrowa.

Kobieta sapnęła. Podejrzewałam, że nie był to najlżejszy deser lodowy. Przetarła dłonią czoło i wróciła na zaplecze.
Spojrzałam na Miltona. Jego oczy dosłownie błyszczały szczęściem, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wyglądał jak najszczęśliwsze dziecko na świecie. Uśmiechnęłam się lekko, łapiąc za łyżeczkę.
- Chyba nie damy rady tyle zjeść – powiedziałam, nabierając trochę lodów truskawkowych.
- Mów za siebie – odparł chłopiec, wypełniając usta czekoladowym smakiem.
Ucieszyłam się, kiedy się rozluźnił. Choć już zaczynał mnie boleć brzuch na myśl o czekającym mnie lodowym wyzwaniu.

~*~

Julia, jeśli w ogóle zauważyła napięcie, rosnące pomiędzy Brandonem i Albusem, nie zwracała na nie uwagi. Cały czas opowiadała różne historie z udziałem ich obu, chcąc najwyraźniej przybliżyć im postać tego drugiego. Nawet nie brała pod uwagę, że mogli nie chcieć ich słuchać. Jednak żaden z nich nie powiedział ani słowa. Kiedy Roberro się zmęczyła, postanowili wejść do Trzech Mioteł by napić się kremowego piwa.
Albus cały czas obserwował Brandona i wiedział, że i on obserwował jego. I może Julia nie widziała, jakim zaborczym ruchem blondyn oplatał jej talię, albo jak delikatnie odciągał ją od Albusa, gdy za bardzo się do niego zbliżyła. Ale on widział. Podobnie jak dostrzegał każde spojrzenie Brandona, które posyłał mu przy pocałunku z dziewczyną. Wiedział, że blondyn dawał mu tym do zrozumienia, gdzie jego miejsce, że jest tylko głupim chłopakiem, który dał się złapać w to całe friendzone.
Zaciskał więc dłonie w kieszeniach dżinsów i starał się nie zwracać na to uwagi.
Przepuścili Julię w drzwiach, a wtedy Brandon stanął przed Albusem i zatrzymał go pchnięciem w klatkę piersiową. Albus wywrócił oczami młynka, cofając się o krok. Spojrzał na Brandona, którego mina wyrażała niezadowolenie.
- Myślisz, że nie wiem, o co ci chodzi? – spytał blondyn.
Potter zmrużył powieki, przechylając lekko głowę.
- A o co mi chodzi?
- Chcesz ją wykorzystać. Ale ci na to nie pozwolę. Ona jest moja, rozumiesz? – warknął Brandon.
Albus uniósł do góry brew. Nie spodobał mu się ton z jakim odzywał się do niego Brandon. I nie tylko to, blondyn nie miał prawa nazywać Julii „swoją”.

Ciekawe co powiedziałaby na to Julia.

Gryfon zbliżył się do chłopaka.
- Nie wiesz, o czym mówisz – powiedział spokojnie. – I zapewniam cię, że Julia nie jest twoją własnością.
- Trzymaj się od niej z daleka! – wysyczał Brandon, wprost do ucha Albusa. Szatyn spojrzał w jego szare oczy, uśmiechając się półgębkiem.
- Bo co? – zapytał zadziornie, a następnie szturchnął blondyna ramieniem, wchodząc do knajpy. Usłyszał jeszcze jak ten przeklina, po czym odszukał wzrokiem dziewczynę. Zamawiała właśnie trzy kufle piwa. Obejrzała się i pomachała do niego, wskazując palcem wolne miejsce pod oknem.
Odmachał jej, ale nie usiadł na drewnianej ławie. Zamiast tego podszedł do niej i pomógł jej zanieść napoje na stół. Brandon zjawił się chwilę później, zaciskając usta w wąską linię.
Julia uśmiechnęła się do niego i dała mu całusa, na co Albus dyskretnie odwrócił wzrok, udając, że zaciekawiło go coś innego.
- Coś się stało? – spytała dziewczyna, dostrzegając napięcie, w jakim znajdował się jej chłopak.
- Wszystko w porządku – powiedział, uśmiechając się sztywno. Patrzył na Albusa, który spokojnie pił swoje piwo. Po scenie przed drzwiami zyskał w obecności Brandona nieco pewności siebie.
- Na pewno?
- Tak – odpowiedział przez zaciśnięte zęby.
Julia przestała drążyć temat i napiła się piwa. Albus uśmiechnął się i mrugnął do niej, czym jeszcze bardziej zdenerwował Brandona. Blondyn położył swoją dłoń na biodrze Julii, a Albus przełknął ślinę.

~*~

Perspektywa Rose

 Byłam pełna i miałam wrażenie, że nie będę w stanie podnieść się z krzesła. Tymczasem Milton najwyraźniej jeszcze nie skończył. Jadł i jadł, wcale nie myśląc o bólu brzucha. Sapnęłam, odchylając się na oparcie.
- Nie dam rady zjeść więcej – powiedziałam. Chłopiec uśmiechnął się, wpychając do buzi kolejną porcję. – Gdzie ty to mieścisz? – spytałam, szczerze zaciekawiona. Zjadł więcej ode mnie i nawet się przy tym nie zmęczył!
- Cienias jesteś – stwierdził. Otworzyłam usta w zadziwieniu i zaśmiałam się głośno.
- Jasne – powiedziałam.
- To… co chcesz robić później? – spytał, spoglądając na mnie niebieskimi oczami. Miał twarz ubrudzoną lodami, ale mimo tego wyglądał uroczo.

Najmilszy Ślizgon jakiego znam.

Zmrużyłam powieki, zastanawiając się nad odpowiedzią. Tak naprawdę dokładnie wiedziałam, co chcę robić. Coś, co i jemu sprawi przyjemność.
- Co myślisz o przeglądzie nowości w „Magicznych dowcipach”?
Błysk w jego oku był tym, czego potrzebowałam.

~*~

W Trzech Miotłach siedzieli dobrą godzinę. Kiedy mieli już zbierać się do wyjścia, Brandon wstał z zamiarem skorzystania z toalety. Niechętnie zostawiał Albusa i Julię samych, ale nie mógł nic poradzić na potrzeby natury fizjologicznej. Na odchodnym pocałował Julię namiętnie, po raz kolejny pokazując Albusowi, gdzie jego miejsce.
- Więc… jak wam się układa? – zagadnął Gryfon, kiedy blondyn zniknął z zasięgu ich wzroku.
- Jest dobrze. Brandon się o mnie troszczy i rozpieszcza mnie upominkami – odpowiedziała Julia z uśmiechem.
Albus na krótko uniósł brwi, sygnalizując zdziwienie. Dopił resztki piwa.
– Co? – zapytała Julia, dostrzegając zmianę w wyrazie jego twarzy. Zmrużyła powieki, kiedy pokręcił głową. – No mów! – zawołała wesoło.
- Nie wydaje ci się, że jest… no nie wiem… trochę zaborczy? – spytał, niby od niechcenia.
- Nie. Dlaczego? – zdziwiła się.
Potter odstawił kufel z cichym stuknięciem. Okręcił go dwa razy dookoła i podniósł wzrok na brązowe tęczówki Julii.
- Nie wiem… Po prostu sposób w jaki cię trzyma… Jakbyś była jego własnością – powiedział spokojnie, choć czuł jak serce wali mu w piersiach. Nie wiedział, czego spodziewać się po Julii.
Zmarszczyła brwi, przyglądając mu się badawczo.
- Co chcesz powiedzieć? – spytała.
- To, że nie traktuje cię tak, jak na to zasługujesz. Daje ci upominki, troszczy się o ciebie… tylko ci się tak wydaje. Dla mnie wygląda to na zwykłe, perfidne zagranie, żeby dostać to, czego chce – odpowiedział.
- A czego mógłby chcieć?
Julia spojrzała w jego oczy, wytrzymując twarde spojrzenie.
- Myślę, że wiesz – powiedział Albus, próbując nie opuścić wzroku.
Parsknęła, ni to ze śmiechu, ni z zażenowania.
- To niedorzeczne – stwierdziła. – Znam Brandona i wiem, że nie zrobiłby czegoś takiego.
- Jak długo go znasz? – zapytał.
- Wystarczająco!
- Za krótko, żeby stwierdzać, o co mu tak naprawdę chodzi – powiedział.
- A ty skąd możesz wiedzieć? – zapytała, dostając rumieńców. – Też go nie znasz. I ciebie znam równie długo, jak jego, więc skąd mam mieć pewność, że ty niczego ode mnie nie chcesz? Brandon mówił mi, że jesteś podejrzany, ale mu nie wierzyłam! Jednak teraz widzę, że mógł mieć rację – powiedziała, wstając. Albus zareagował bardzo szybko. Chwycił ja za dłoń, zmuszając, by się zatrzymała.
- Zaczekaj – powiedział. Wziął głęboki oddech i spróbował uspokoić szybko bijące serce. Przymknął powieki. – Chodziło mi o to, że zasługujesz na kogoś, kto cię będzie doceniał.
- Na kogoś takiego jak ty? – prychnęła, pełna irytacji.
Albus otworzył oczy, spoglądając na nią. Uderzyło ją z jaką namiętnością na nią patrzył. Cofnęła się o krok, kiedy dotarło do niej, dlaczego dostrzegła w jego tęczówkach tyle skrywanych do tej pory emocji.
- Oh… - szepnęła, tracąc rezon. – Al… wiesz, że… Myślałam, że się przyjaźnimy.
Potter zaśmiał się krótko, z zażenowaniem. Puścił jej dłoń, przecierając palcami twarz. Tragizm tej sytuacji był wręcz komiczny.

Groteskowy.

 Poczuł się, jakby wymierzyła mu policzek. Mogła jeszcze splunąć, tak dla lepszego efektu końcowego.
Spojrzał na nią, nie odzywając się ani słowem. Ona też na niego patrzyła, przez chwilę zastanawiając się, co powinna powiedzieć.
- Jestem z Brandonem.
- Nie dało się tego przeoczyć – burknął w odpowiedzi, mając na myśli wszystkie pocałunki i pieszczoty, jakie Julia i blondyn wymienili w przeciągu tych kilku godzin.
Roberro westchnęła.
- Przepraszam – szepnęła tylko, zanim dołączył do nich Brandon.
- Idziemy? – zapytał ponuro. Chwycił dziewczynę za dłoń i pociągnął w stronę wyjścia.
Albus nie ruszył się nawet na krok, a oni się nie odwrócili. Wyszli, zostawiając go samego.

~*~

Perspektywa Rose

Wracaliśmy do zamku, kiedy natknęliśmy się na Albusa. Siedział przed Trzema Miotłami, najwyraźniej niezbyt zainteresowany tym, co działo się dookoła niego. Zatrzymałam się na chwilę, prosząc Miltona, by na mnie poczekał.
- Hej, Al. Wszystko okej? Wyglądasz na przybitego – powiedziałam, podchodząc do kuzyna. Drgnął, jakbym wyrwała go z drzemki i spojrzał na mnie zamglonymi oczami. Po chwili patrzył już bardziej przytomnie.
- W porządku – stwierdził. – A właściwie to nic nie jest w porządku – dodał po chwili.
- Chcesz o tym porozmawiać? – spytałam.
Zerknął na chłopca, stojącego za mną.
- Nie specjalnie – odparł. Kiwnęłam głową.
- Odprowadzę Miltona i wracam do Pokoju Wspólnego, gdybyś zmienił zdanie – powiedziałam. Pokiwał głową, jak ja wcześniej, i znów zagłębił się w swoich myślach.
Westchnęłam i wróciłam do Ślizgona.
- Wiesz, że nie musisz mnie odprowadzać – powiedział chłopiec. Objęłam go ramieniem, uśmiechając się.
- Wiem, ale chcę zobaczyć minę Malfoya, kiedy mu powiesz, że świetnie się bawiliśmy – odparłam. Milton zaśmiał się głośno. Zdążył mi opowiedzieć o swoich relacjach ze Scorpiusem Malfoyem, dzięki czemu wiedziałam, że wcale się go nie bał. Za samo to miał u mnie wielkiego plusa.
 Ostatni raz spojrzałam ponad ramieniem na Pottera. Siedział tam, gdzie go zostawiliśmy. Tylko przez chwilę zastanowiłam się, co mogło spowodować jego smutek, ale zaraz potem Ślizgon zaczął opowiadać dowcipy.

~*~

- Nie odprowadziłam go do lochów, oczywiście. Byłoby to podejrzane, gdybym się tam z nim pojawiła. Poza tym… nie będę odprowadzać dwunastolatka – powiedziała Rose, poprawiając się na łóżku.
- A co z Malfoyem? – spytała Shila, zafascynowana opowieścią.
- Nie spotkałam go, ale mogę przypuszczać, jak to się potoczyło w Slytherinie – odparła, uśmiechając się pod nosem. – Jakby nie było, sądził, że to będzie totalna katastrofa. Tymczasem naprawdę miło spędziłam czas. Będę się tym napawać w poniedziałek na lekcjach.
Shila zaśmiała się, ale zaraz obie spoważniały.
- Ciekawe co się stało Albusowi – powiedziała Shi.
- Porozmawiam z nim jutro.
Ishihara pokiwała głową.
- Myślisz, że to miało coś wspólnego z tą… jak jej tam… Julią? – zapytała.
Rose wzruszyła ramionami, choć przeszło jej to przez myśl. Wiedziały z Shilą, co czuł chłopak i przypuszczały, że spotkanie z Julią i jej chłopakiem niekoniecznie musiało być dobrym pomysłem.
- Nie wiem. Prawdopodobnie – powiedziała Rose. – Jestem zmęczona. Idę spać – dodała po chwili, ziewając. Odłożyła księgę z runami i weszła pod kołdrę.
- Jasne. Dobranoc.

- Dobranoc.


***

Tak, jestem okropna, wiem. Notki nie było 2 miesiące i nagle wyskakuję Wam z czymś, gdzie prawie w ogóle nie ma Scorpiusa!? Jak Wy to przeżyjecie? :) Mam nadzieję, że choć trochę się Wam podobało. Ja osobiście jestem zadowolona. Choć muszę przyznać, że pisanie tego szło mi bardzo mozolnie. Niemal tak mozolnie jak Albusowi zbieranie się do wyjścia :)

Życzę Wesołego Alleluja wszystkim!

I zapraszam na mojego FACEBOOKA, gdzie najszybciej dowiecie się o nowościach, postępach w pisaniu i ogólnie - co u mnie słychać. Możecie mnie tam zasypywać pytaniami, odpowiem na (chyba) wszystkie :) I nie wstydźcie się komentować i lajkować, to naprawdę motywuje :) 

Pozdrawiam i dobrej nocy życzę.